Na szaro

Życie po śmierci

W mojej głowie umierałam wiele razy. Umierałam? Nie. Byłam martwa. Nigdy nie potrafiłam sobie wyobrazić śmierci. Jej procesu, kształtu, formy. Nawet przez myśl mi nie przechodziło jak mogłabym umrzeć. Czasem, nie wiem czemu przychodził mi do głowy balkon. Powietrze.

Wiele razy za to czułam, że umieram. Kawałek po kawałku. Dzień po dniu.

Kiedy każdego ranka miałam wrażenie, że mam coraz mniej siły, że nie daję rady, że nie mogę i nawet nie chcę już móc, chcieć, próbować, że każdy oddech kosztuje mnie coraz więcej wysiłku. To już nie była nawet kwestia tego, że nie mogę wstać z łóżka, bo coś mnie w nim trzyma na siłę, a jak już wstaję to moja dusza wyje i wie dobrze, że to nie ma sensu. To był stan porównywalny z chwilą kiedy coś boli tak bardzo, że płaczecie, wyjecie, chcecie przestać czuć, zniknąć, umrzeć, cokolwiek, żeby tylko już przestało. To to samo, tylko bólem jest sam fakt, że jesteście. Ból niefizyczny. Lepiej tego nie wyjaśnię. Nie da się… I było mi wszystko jedno. Mnie, osobie która kiedyś uważała, że śmierć to rozwiązanie ostateczne, po którym nic już nie ma. Mnie, osobie która uważała, że z każdej, nawet najbardziej patowej sytuacji można jakoś wybrnąć. Było mi wszystko jedno czy komuś jestem potrzebna, czy dla kogoś jestem ważna, czy komuś będzie przykro jeśli zniknę.

Ludzie którzy otarli się o śmierć mówią, że czują jakby dostali drugie, nowe życie. Namacalnie i empirycznie już wiedzą jakie istnienie jest kruche, wiedzą, że nie można przepuszczać go przez palce, rozmieniać na drobne, marnować. I wiedzą, że cudem jest, że wciąż tu są. Tu. Bo tam nie ma nic. Nie ma ich. Wciąż. Jeszcze.

Nie otarłam się o śmierć. Martwa byłam tylko w swojej głowie. Wystarczyło.

Dziś wiem, że wiedza, że „wszyscy kiedyś umrzemy” to nie świadomość tegoż faktu. To jakiś aksjomat któremu nie poświęcamy uwagi. To jakiś odległy wątek naszego żywota który wydaje nam się kosmosem, inną galaktyką. A ta świadomość jest jedną z cenniejszych lekcji którą wyniosłam z choroby.

Teraz nie boję się już niczego (poza pająkami). Nie boję się mówić co myślę, robić tego, na co mam ochotę, pokazywać emocji które mną szarpią. Nie boję się zbagatelizować tego, co tak naprawdę nie jest ważne w obliczu życia. Nie boję się pozbyć ze swojego otoczenia ludzi, którzy mnie krzywdzą lub zabierają mi tlen. Chyba po prostu nie boję się być. I być w tym istnieniu sobą.

Nigdy wcześniej nie powiedziałam tylu ludziom, że ich uwielbiam i cenię, nie dziękowałam tyle razy przyjaciołom, że ich mam, nie doceniałam tak bardzo rodziny, o której bezwarunkowej miłości przekonałam się tak dosadnie, że bardziej już chyba nie można. Nie rzucałam się też dawno niewidzianym znajomym na szyję, nie rysowałam komuś na śniegu serca, nie tańczyłam na balkonie i nie biegłam sama w ciemną noc dlatego, że coś kazało mi biec i wytracić energię która rozpierała mnie na atomy i do łez. I nie robiłam z siebie kolokwialnego „głupa”. Tak. Dla Was może to wyglądać jak robienie z siebie głupa. Dla mnie to tylko wyraz radości. Radości, że żyję. I chociaż to życie jeszcze jest mocno kulawe, to jest.

Tradycyjnie już- jestem TU.

Standard