Na Trawie

Za granicą lepiej nie mówić „dzień dobry”

Gdybym nie miała świadomości, że udając się na wakacje czasem łatwiej i taniej skorzystać z wycieczki wykupionej przez biuro podróży, to krzyczałabym „wyjeżdżajcie tylko na własną rękę! Wszystko, by uniknąć za granicą rodaków.”

Wybierając się na Maderę wydawało mi się, że jest to na tyle wyszukana i niepopularna destynacja, że stereotypy rodem z „Last minut” Vegi będą kompletnie niezauważalne i pofruną sobie z innymi grupami do Turcji, Egiptu czy na Majorkę.

Jeszcze na warszawskim Okęciu okazało się, że jestem w ogromnym błędzie. Kiedy czekając na tzw. boarding moje oczy ujrzały pana, który wyciągnął kanapki i puszkę Żywca i zaczął radosną konsumpcję, nie bacząc na to, że jest 10.00, za to chyba w myśl zasady „piwo z rana jak śmietana”, to już miałam ochotę palnąć sobie w łeb. A dalej miało być już tylko gorzej.

Niecny i tak lubiony przez Polaków proceder prowadzenia głośnych i intymnych rozmów telefonicznych w miejscach publicznych otworzyła młoda kobieta, która pod bramką, stojąc 3 metry od czekających na lot pasażerów, postanowiła przeprowadzić rozmowę telefoniczną z własną matką. W rozmowie padały nazwiska, historie z bieżącego tygodnia, szczegóły związane z jej wylotem, a wisienką na torcie była kłótnia i rzucenie słuchawką. Skąd to wiem? Bo nie wiedzieć czemu, dama prowadziła rozmowę trzymając telefon w pozycji walki-talkie z włączonym głośnikiem. Potem były już tylko standardowe „no, wylądowaliśmy”, „no, jesteśmy, słońce jest, no ciepło”. Wszystko na decybelach takich, jakby telefonia komórkowa polegała na tym, że im dalej od interlokutora jesteś, tym głośniej musisz mówić.

Jesteśmy już w samolocie. To lot charterowany. Miejsca są numerowane. Każdy zdąży, każdy wejdzie, nikt nie będzie musiał stać całą drogę. Jednak kolejka do wejścia na pokład zaczyna ustawiać się 30 minut przed planowanym odlotem. Na pokładzie też nie jest lekko. Nie ważne, że zanim usiądziesz to chcesz wsadzić na półkę swój bagaż podręczny i kurtkę. Pani za Tobą MUSI dotrzeć do swojego miejsca JUŻ. TERAZ. Wali Cię więc łokciem w żebra tak, że łapiesz się fotela i tracisz na moment oddech. Na Twoje „AŁA!” mówi „ja muszę tam iść, czekają na mnie”. I poprawia Ci, tym razem z barku. No co zrobisz. Mityczni „czekający” przecież mogą odlecieć bez niej. Kończąc temat samolotów- klaskanie. Ono wciąż trwa i ma się dobrze.

Przez cały wyjazd zastanawiałam się czemu tak silną grupą są ludzie, którzy nie mają zielonego pojęcia gdzie jadą i nie wiedzą nic o lokalnych obyczajach, tradycjach, atrakcjach. Dawno nie widziałam tak licznych zdziwionych polskich min oglądających parki, budynki, roślinność. Ja nie wymagam od nikogo żeby przed wyjazdem na wczasy robił studia kierunkowe, ale chyba warto coś poczytać i przygotować się na nieznane. Można potem uniknąć robienia z siebie głupa w sytuacji gdy przy kolacji ktoś rzuca hasło „i byliśmy obejrzeć pomnik Ronaldo” a my reagujemy „Ronaldo? A co on ma wspólnego z Maderą? A kto to jest?! A po co to komu?!”. I nie ma tu usprawiedliwień, że piłką to się nie każdy interesuje. Tak samo nie każdy się interesuje historią, architekturą, geografią czy botaniką, a jednak wszyscy zwiedzają. Bo po to jedzie się za granice. Żeby odetchnąć innym powietrzem i zmienić perspektywę. Poznać nowy kawałek świata.

Następną fascynującą sprawą jest odwaga rodaków którzy nie władają żadnym obcym językiem. Serio. Ja bym nie zaryzykowała wyjazdu na obczyznę mówiąc tylko po polsku. Kilkukrotnie czułam się zażenowana w hotelowej restauracji będąc pytana o to jaka dziś zupa (przy kociołku z zupą stała kartka z nazwą dania w języku angielskim, niemieckim i francuskim) i wiedząc, że mamy do czynienia z FISH SOUP, co -umówmy się- nie jest nazwą potrawy egzotycznej robionej z lokalnego gatunku ryby, której nazwę należałoby konsultować ze słownikiem. Nawet jeśli jesteśmy nastawieni na nierozmawianie z autochtonami i zakładamy, że kontakt z nimi to dać paszport w hotelu i pieniądze w sklepie, to życie lubi zaskoczyć. Na przykład tym, że w Portugalii i Hiszpanii przy płatności kartą trzeba pokazać dowód osobisty. Nie rozumiejąc o co prosi kasjer można się zagotować, prawda?

Wracając do jedzenia. To jeden z tych momentów gdy cebula wychodzi z butów pełnymi garściami. Jedzenie w postaci szwedzkiego stołu? Doskonale! Bierzemy jeden talerz i ładujemy na niego tyle, żeby spadało w drodze do stolika! Do wyboru jest 8 dań głównych na ciepło, 25 zimnych przekąsek i 12 deserów? Trzeba posilić się wszystkim! Nie może się zmarnować! Kelnerzy oferują do posiłku wino i podają je w karafkach, nie kieliszkach? Doskonale! Nawalmy się „w cenie”, bo jest za darmo! I co z tego, że to paskudne, kwaśne wino stołowe? Ważne, że ZA DARMO. Do jedzenia jest kuchnia lokalna? Bez sensu. Przecież po 3 dniach umieramy z tęsknoty za schabowym z kapustą i będziemy o tym mówić głośno. W koszu z owocami jakiś dziwny stwór? Nie ważne co to, nie będziemy jeść. Jabłko, pomarańcza, mandarynka- to są bezpieczne owoce dla których ruszyliśmy na drugi koniec Europy. I jeszcze do tego kelnerzy mówią po polsku! „Wino? Piwo? Szok?”! Super! Nie będziemy się więc wysilać na żaden język i zaczniemy mówić do nich po polsku pełnymi zdaniami. Muszą rozumieć! Oczywiście dla heheheżarciku sprawdzimy czy rozumieją „kurwa”! Ależ my jesteśmy błyskotliwi, a nasz język tak popularny!

A w ogóle to przyjechaliśmy w ciepłe kraje. Skoro ta cała Madera jest gdzieś na południu to musi być tam ciepło. Nie ważne, że jest styczeń i przeciętna temperatura to ok. 16 stopni. This is Madera. To są wakacje. Więc nosimy krótkie spodenki, laczki i leżymy przy basenie, w którym oczywiście się kąpiemy. Jako jedyni. Nie ważne, że akurat dziś jest bardzo pochmurno i temperatura spadła akurat do 13 stopni. Nie takie rzeczy ze szwagrem po pijaku robiliśmy. Druga drużyna to ta, która na wojaże zakłada uniform Polaka. Uwierzcie mi- przed wyjazdem na Maderę myślałam, że kołczan prawilności, sofixy strachu i inne takie to legenda miejska. Myślałam też, że wszystkie prowincjonalne elegantki dawno zrozumiały, że lans na podrabianą torbę LV to raczej antylans, a zasada „im większe logo, im więcej złota i im bardziej na bogato” dotyczy (o ile jeszcze) bogatych wycieczek Rosjan.

Na koniec zostawiłam deser. A mianowicie nieznośną tendencje do włażenia sobie na głowę. Nie wiem jak Wy, ale ja mam wrażenie, że na zagraniczne wakacje jeździmy po to by oderwać się od polskiej rzeczywistości. Od naszej architektury, naszej pogody, naszej kuchni, naszych krajobrazów, naszego języka i naszego społeczeństwa. Więc do jasnej cholery, nie rozumiem czemu w narodzie jest tak silna potrzeba budowania więzi z całą wycieczką! Zagadywanie, zaczepianie, dosiadanie się, propozycje wspólnego spędzania czasu, „wypożyczyli państwo samochód? To może my z państwem? Będzie taniej!”. Zaraz, zaraz… Czy my wszyscy nie przyjechaliśmy tu żeby ODPOCZĄĆ? Skoro uważnie dobieramy towarzystwo z którym ruszamy na podbój świata, bądź wręcz decydujemy się jechać sami, to czemu mamy brać sobie na miejscu na kark obcych ludzi?

Nie psujmy sobie wakacji. Zamiast zawracać głowę innym warto czas wakacji poświęcić na wewnętrzne studia nad kulturą osobistą :) Tak nam dopomóż Bóg!

Masz jakieś zabawne doświadczenia z zagranicznych wojaży z Polakami w roli głównej? Pisz TU.

Standard