Społeczeństwo

Rozpoczęcie roku, dzięcielina, pała i co z tą Polską?

Ach, ale mi się dziś zatęskniło za szkołą! Chociaż widok młodzieńca, na oko 16 lat, który duszkiem kończył piwo Żubr przed wejściem do tramwaju, uświadomił mi, że chyba czasy nieco się zmieniły.

Za podstawówką nie tęsknię. Podstawówka była dla mnie zbyt łatwa. Co roku świadectwo z paskiem, średnia 5.0. Nuuuda. Za to liceum? To były inne czasy, inny poziom, inne wyzwanie.

Chodziłam do szkoły mieszczącej się w starym, czteropiętrowym budynku. Sam fakt ganiania cały dzień między piętrami był fajny. Dzienna dawka ruchu realizowała się sama. Dodatkowo do szkoły chodziłam na piechotę. Jakieś 15-20 minut w jedną stronę. Zima nie zimą, deszcz nie deszcz- zawsze per pedes.

Szkolny klimat był uroczy. Mieliśmy świetne Panie Bibliotekarki, które służyły nam pomocą, radą, ploteczką, chusteczką i dbały o integrację młodzieży podczas przerw, pozwalając jej się spotykać w czytelni i smarować do siebie anonimowe wiadomości w opasłym zeszycie, tzw. Hyde Parku. I Panią w sklepiku mieliśmy cudną. Pani Mirka nie dość, że pozwalała kupować „na zeszyt”, to jeszcze otwarta była na pocieszanie po poniesionych szkolnych porażkach, czy też na wikłanie się jako doradca w miłosne historie szkolnej braci.

Nauczycieli też mieliśmy fajnych. Chociaż mam wrażenie, że ich „fajność” uwydatniła się po wielu latach od matury. W czasach szkolnych różnie to bywało i mimo, że nigdy nie miałam jakiś przykrych przygód, to jednak dopiero z perspektywy dnia dzisiejszego mogę napisać „byli w porządku”. Ale to chyba normalne. Jedno jest pewne- moi nauczyciele byli w 95% wyraziści. Tacy, których się pamięta wiele, wiele lat od opuszczenia szkolnych murów.

Jednak do szkoły wróciłabym z innego powodu. Nie dla nauczycieli, Pani Mirki, Pani Kasi i Ewy (biblioteka) oraz dla sportu. Do szkoły bym wróciła, bo, cholera, nadrobiłabym chętnie parę rzeczy.

Wstyd się przyznać, ale nie przeczytałam części lektur. Bo były nudne. Do dziś nie rozumiem fizyki. Bo była trudna. Nie znam historii, bo nie lubiłam. WOS może znaczyć dla mnie wszystko, bo mnie nigdy nie interesowała polityka. Eksperymentów chemicznych nie przeprowadzam, bo chemia to prawie fizyka- znaczy zło.

A teraz uwaga: skończyłam klasę matematyczno- fizyczną. O tyle, o ile z matmą sobie radziłam i lubiłam, o tyle przez fizykę przebrnęłam dzięki koledze z ławki, chemię ogarnęłam jakimś cudem, a lektury ogarniałam czytając wnikliwie streszczenia. Historii i WOSu uczyłam się na pamięć, w zakresie podstawowego-ogarniania. Podobnie było z biologią. Chociaż tu akurat robiłam dobrze, bo to, co z biologii użyteczne opanowałam podczas praktycznej nauki z Babcią i Rodzicami w terenie oraz z miłości do wertowania atlasu anatomicznego w dzieciństwie.

Właściwie to co ja lubiłam w tym liceum? Chyba tylko geografię i PO. Polski też lubiłam, ale te diabelne lektury!… Kto o zdrowych zmysłach każe czytać „Nad Niemnem” i „Ludzi bezdomnych” ? Albo „Lalkę”.

W ogóle, to przyznam, że chodząc do liceum, miałam wrażenie, że 3/4 wiedzy, którą nauczyciele próbują wtłoczyć mi do głowy jest mi kompletnie niepotrzebna. Lektury były kiepskie i hasło „klasyka” mnie nie przekonywało, te wszystkie fizyczno-chemiczne tematy były dla mnie kompletnie nie potrzebne (bo i po co?), biologia czy chemia były jak dla mnie omawiane zbyt głęboko, w stopniu nie przydającym się w normalnym życiu.

A dziś kurcze, żałuję. Bo czuję w sobie potrzebę śmigania w wiedzy z zakresu historii, szczególnie Polski, bo chciałabym mieć w małym paluszku lektury szkolne, bo chciałabym znać na pamięć tablicę Mendelejewa. Nie wiem po co. Dla lansu. Dla siebie samej. Dla faktu bycia człowiekiem inteligentnym, obytym, dla faktu bycia Polką znającą historię i kulturę swojego kraju.

I słyszę, że zabrali z listy szkolnych lektur Pana Tadeusza. Jedną z niewielu książek epok przed Młodą Polską, które przeczytałam. Którą czytałam nie raz. Której owszem, kiedyś nie rozumiałam, ale od dziecka byłam uczona, że książka ta dla Polaka jest ważna tak samo jak biblia. A może i bardziej. Takim kultem czczono w mej rodzinie Pana Tadeusza, że mając lat 10 (chyba) nauczyłam się na pamięć Inwokacji. Nie widząc czym jest ta cała dzięcielina (jeśli czytają mnie dzieci, to jest to koniczyna).

A potem czytałam go nie raz, za każdym razem skupiając się na innym wątku. Aż wreszcie przyszedł ten moment, że zrozumiałam słowa „epopeja narodowa”.

I zabawne jest to, że codziennie rano, włączając ekspres mam w głowie fragment mojego ulubionego fragmentu Pana Tadeusza, księgi II, opisującej śniadanie, a dokładnie ten:

Takiej kawy jak w Polszcze nie ma w żadnym kraju:
W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju,
Jest do robienia kawy osobna niewiasta,
Nazywa się kawiarka; ta sprowadza z miasta
Lub z wicin bierze ziarna w najlepszym gatunku,
I zna tajne sposoby gotowania trunku,
Który ma czarność węgla, przejrzystość bursztynu,
Zapach moki i gęstość miodowego płynu.

Skoro ja mam tego typu rozterki i żal mi tego wszystkiego, czego Jaś się nie nauczył i jako Jan nie umie (chociaż może jeszcze nadrobić i nadrobi), to co za jakiś czas powiedzą obecni uczniowie?

P.S. Zwierz Popkulturalny i jeden z czytelników mówią, że jednak będzie Pan Tadeusz, tylko jedynie w liceum. Uff. Może jest jeszcze nadzieja dla przyszłych pokoleń. Mamo, nie wprowadzaj mnie więcej w błąd!!!

 

 

 

Standard