Opowiadania

Tamtego dnia

Tamtego dnia padał deszcz.

Sama nie wiedziała, czemu akurat ten błahy szczegół wbił się jej tak mocno w pamięć. Zabawne jest to, że zapamiętała jaka była pogoda, a nie to, czemu zwróciła na niego uwagę. Zamienili ze sobą parę kurtuazyjnych zdań. Takie niby nic udekorowane pełnymi kultury słowami.

I mimo, że było to tylko kilka słów i parę spojrzeń to zupełnie inaczej spojrzała na swojego faceta po powrocie do domu. Ze starannością przyglądała się jego ruchom, gestom, mimice, ubraniu, włosom, twarzy. I coś jej przestało pasować. Nagle. Uświadomiła sobie, że mimowolnie porównuje ze sobą ich dwóch. A może to wcale nie było nagle? Może wreszcie uświadomiła sobie po prostu, że dobrali się do pary chyba nieco zbyt pochopnie, a teraz oboje cierpią mając do okoła siebie setki, tysiące potencjalnie lepszych partnerów?

Życie lubi płatać figle. Lubi robić tak, że nagle przypadkowe spotkanie okazuje się jednym z wielu. A każdemu kolejnemu towarzyszą coraz bardziej przeciągłe lub ukradkowe spojrzenia i coraz śmielsze gesty.

Po każdym takim spotkaniu coraz bardziej czuła, że nie do tego domu powinna wracać. Że nie temu mężczyźnie opowiada o wszystkich wzlotach i upadkach minionego dnia. Że gdyby opowiadała to tamtemu, to nie robiłaby tego tak mechanicznie i tak beznamiętnie. Że gdyby to koło tamtego kładła się wieczorem w łóżku, to nie myślałaby o tym, żeby po prostu usnąć. Że gdyby to z tamtym chodziła na sobotnie spacery czy do kina, to zawsze czułaby się jak na pierwszej randce.

Mijały tygodnie, a ona coraz mocniej utwierdzała się w przekonaniu, że prowadzi podwójne życie. Jedno było tym realnym, które zbudowała sobie kilka lat temu, drugie było tym wyimaginowanym, które wiodła w swojej głowie z przypadkowo poznanym mężczyzną. Mężczyzną, którego każdego dnia dopracowywała w myślach do stanu idealnego. Chociaż znała go bardzo pobieżnie i nie wiedziała o nim prawie nic, to była święcie przekonana o tym, że jest zbiorem tych wszystkich cudownych cech mężczyzny doskonałego. Nie raz wyobrażała sobie jak siedzi z nim na kanapie w salonie. Dom pachnie herbatą, na parapecie palą się świeczki, on czyta jakąś książkę, a ona, zwinięta w kłębek, z głową na jego kolanach wsłuchuje się w ciszę i jego oddech.

Któregoś dnia dostała od niego smsa. Zanim zdążyła odpisać, przez jej żołądek przefrunęło stado motyli. Z jednej strony ciekawiło ją skąd właściwie ma jej numer telefonu, z drugiej zaś poczuła w sobie ekscytację i falę adrenaliny. Wymienili ze sobą może ze 3 wiadomości i wreszcie spod jego palców wyszło upragnione „spotkajmy się”.

Jej podwójne życie nabrało rozpędu. Łatwo jej było umawiać się z nim na kawę lub spacer, gdyż popołudnia i tak spędzała w domu w większości samotnie, a i nikt też nie specjalnie interesował się tym gdzie wychodzi, z kim się widuje… Przy każdym kolejnym spotkaniu czuła, że nie myliła się w swojej ocenie jego osoby. Był mądry, bystry, kulturalny. Był bardzo oczytany. Był wnikliwy. Słuchał. Mówił. Tęsknił za nią między spotkaniami. Po kilku spacerach zaczął witać ją co rano poetyckimi wiadomościami. Któregoś razu napisał jej wieczorem, że marzy o tym by leżeć teraz u jej boku. „Jeszcze z ciemności wysyłasz mi miłosne haiku smsów…”.

Czas jakby stanął w miejscu. Deszcz zmienił się w śnieg, z powrotem, rytmem świata, zmienił się w wodę. Krople nawadniały świeżą, wiosenną trawę, budziły do życia młode listki, a ona wszędzie widziała tęczę. Szczególnie, że on zdążył nadać jej już bardzo wysoką rangę w swoim życiu.

Była dla niego najpiękniejsza, najważniejsza, najmądrzejsza. Jedyna. Wspaniała. Pełna klasy. Pociągająca. Mówił, że godzinami może patrzeć w jej oczy. Nieśmiało chwytał ją pod stołem za rękę, gdy pili kawę. Pisał jej, że gdy nie ma jej obok, to jakoś ciężej mu jakby oddychać. Gdy wyjeżdżała w delegację wysyłał jej wiadomości, w których deklarował śmierć z tęsknoty, rozpacz, obłęd. Wiedziała, że mówi prawdę. Czuła to każdą komórką swojego ciała. Niepokoił ją tylko smutek w jego oczach, który pojawiał się co jakiś czas, zazwyczaj wtedy, gdy nagle odwracała głowę w jego stronę. No i ten brak deklaracji, że chciałby z nią spędzić resztę życia. Chociaż ona sama mówiła mu, że jest gotowa dla niego rzucić wszystko.

Jej wieczorne rozmyślania przed snem się zmieniły. Już nie zastanawiała się nad tym jaki on jest, już nie wizualizowała sobie wspólnych wieczorów na sofie. Teraz sen z powiek spędzało jej to, jakim ciosem będzie dla leżącego koło niej faceta rozstanie. Liczyła w głowie ile kredytu za mieszkanie już spłacili, ile jeszcze zostało i jak sensownie to podzielić. Najbardziej żal jej było ich psa, którego oboje kochali jak dziecko. Wiedziała, że o tego psa, to będą kłócić się najbardziej… Z drugiej zaś strony czuła, że tak będzie lepiej. Czuła, że to co zbudowali wspólnie to nie było to samo co miała z nim. Że oboje zasługują na taką prawdziwą miłość, na partnerów bardziej stworzonych dla siebie, na lepiej dopasowane drugie połówki.

Dwoistość rzeczywistości zaczynała ciążyć jej coraz bardziej. Tak bardzo chciała móc przestać udawać. W domu miłości, z nim cierpliwości. Minęło już przecież tyle miesięcy… Zaraz, zaraz. Minęło już półtorej roku. Półtorej roku spacerów, półtorej roku wypitych kaw i półtorej roku smsów. I z dobre pół roku zbyt krótkich spotkań w jednym z hoteli na obrzeżu miasta. Spotkań, które mimo, że odarte były z romantyzmu, nie pachniały topniejącym woskiem świec, nie smakowały szampanem i truskawkami, to były dla niej lepsze niż jakiekolwiek noce, które spędziła do tej pory z kimkolwiek innym.

Tamtego dnia znów padał deszcz. Szamotała się przed drzwiami swojej pracy z parasolem, który złośliwie musiał odmówić posłuszeństwa. Rozglądając się za jakimś mężczyzną w okolicy, który mógłby pomóc jej okiełznać dziadowski mechanizm, zauważyła kobietę. Stała ona po drugiej stronie ulicy, schowana w żółtą, żeglarską pelerynę. Spod kaptura zwisały jej mokre strąki włosów, a cała jej postać wydawała się trząść. Biedna kobieta, pomyślała, musiała strasznie zmarznąć stojąc na tym deszczu. To dziwne. Przejęła się losem przypadkowej, obcej osoby. Kobiety z którą z pewnością nie miała nic wspólnego, a której postać ciągnęła ją do siebie, jakby związane były jakąś niewidzialną nitką… Kobieta wydawała się również być zainteresowana jej osobą. Bez emocji lecz uważnie przyglądała się wojnie z parasolem, lustrowała ją od stóp do głów. Wyglądała jak uliczny łowca młodych talentów, który za moment ruszy do ataku z jakąś ofertą pracy, kariery w modelingu albo chociażby z propozycją wzięcia udziału w ulicznej sondzie telewizyjnej.

Ku jej zaskoczeniu kobieta jakby nagle zebrała się w sobie. Na jej mokrej od deszczu twarzy odmalowała się jakby determinacja wymieszana z rozpaczą. Nie bacząc na to, że nie przechodzi przez pasy i idzie na oślep, ku oburzeniu i panice trąbiących kierowców, ani na to, że brnie przez kałuże, a jej buty zaczynają chlupotać, przedarła się przez jezdnie, podeszła bardzo blisko i powiedział jej pani mnie nie zna, ale ja znam panią.

Pani mnie nie zna, ale ja znam panią. Chociaż nigdy pani nie widziałam, to znam zapach pani perfum na pamięć. Wiem jakim kolorem szminki maluje pani usta. Wiem to wszystko, bo jestem jego żoną. Od 2o lat, proszę pani. Nie. Nie jest pani pierwsza. I pewnie nie jest pani ostatnia. Wiem, że on mnie nie kocha. Kiedyś kochał. Ale przestał. Ja nawet nie wiem dlaczego. Ale też nie chcę wiedzieć. Ja jego już chyba też nie kocham. Chociaż nie wiem. Ale proszę pani, oboje zostaliśmy wychowani w przeświadczeniu o tym, że co Bóg złączył, tego człowiek rozłączać nie powinien. I mamy dwoje dzieci. Nie wiedziała pani? Proszę. Mam ich zdjęcia w portfelu. To Kubuś, młodszy. Ma 4 lata. A to Ania. Ania właśnie poszła na studia. Był jeszcze Adaś, ale poroniłam. W 5 miesiącu. Wie pani czemu? Pewnie się pani domyśla.

Nie możemy się rozstać. Nie zarabiamy oboje zbyt wiele. Nie stać nas na życie osobno mając dwoje dzieci. Wie pani, Ania wyjechała na studia do Łodzi. Jest taka zdolna. Dostała się do filmówki. Nie załapała się na stypendium socjalne. Chociaż znalazła pracę wieczorową, jako kelnerka w studenckim klubie, to i tak bez naszego wsparcia sobie nie poradzi… Patrzyłam na panią i mu się nie dziwię. Pani jest piękna. Jest pani młoda. Z pewnością jest też pani inteligentna. On nigdy nie zwracał uwagi na głupie. Błagam panią. Niech pani zniknie z naszego życia. Nie dla mnie. Dla naszych dzieci. Kubuś jest tak mały, potrzebuje ojca. A Ania jest bardzo wrażliwa. Ona czuje na odległość, że coś jest nie tak. Ja wiem, że będą kolejne. Że pani nie będzie ostatnia. Już mówiłam. Wciąż mam nadzieję, że jednak nie. Że świat się zmieni. Że on się zmieni. Błagam. Niech pani pomyśli o dzieciach. One nie są niczemu winne. Czy pani w ogóle rozumie co zrobiła pani naszym dzieciom???!!!

Tamtego dnia deszcz zmienił się w grad. Lodowe kulki spadały jej na twarz, której nie mogła osłonić nawet popsutym parasolem. Policzki ją paliły coraz mocniej. Każdy zamarznięta kropla i każde słowo kobiety w żółtej pelerynie było jak smagnięcie biczem po twarzy. Przy słowie „błagam” miała wrażenie, że ciepłe strużki, które ciekną jej po twarzy to krew, nie łzy. Mimo płaszcza czuła, jakby stała nago. Milion lodowatych ukłuć na ciele, w ciele i w mózgu.

I jedna galopująca w głowie myśl: czy talent aktorski się dziedziczy i czy możliwe, żeby grad wielkości pestek wiśni mógł w ciągu 5 minut zrobić apokalipsę.

„Zgadnij kto czekał na mnie po pracy. Twoja żona. Nie wiedziałam, że masz żonę. I dzieci.”

„Wybacz, błagam. Tak bardzo nie chciałem Cię stracić. Wiedziałem, że jak Ci powiem, to odejdziesz”

„Te wszystkie przede mną też nie wiedziały?”

„Wiedziały, bo nigdy nikt nie był dla mnie tak ważny jak Ty. Dlatego mogłem im powiedzieć.”

„Skoro jestem taka ważna, to czemu nie skończysz tej fikcji ze swoją żoną i nie będziesz żył ze mną?”

„Bo nie mogę. Będę Cię zawsze kochał. Ale nie mogę od niej odejść. Jestem odpowiedzialny za nią i za dzieciaki.”

„Nienawidzę Cię.”

„Wiem. Masz do tego prawo. Pamiętaj tylko, że nigdy o Tobie nie zapomnę i o tym, że to wszystko było dla mnie ważne, najważniejsze i że do końca życia będę żałował, że poznałem Cię o 20 lat za późno.”

„A ja żałuje, że się tamtego dnia spotkaliśmy. Przestań do mnie pisać. Zapomnij o moim istnieniu. Nienawidzę Cię. Wracaj do swojej żony i zrób jej kolejne dziecko, którego nie będziesz mógł zostawić.”

„Przepraszam”

„Niech Pani przestanie pisać do mojego męża. Postanowiliśmy odbudować wszystko po raz kolejny i Pani obecność w naszym życiu nie jest pożądaną.”

Jestem tu.

Standard