Pop/kultura

Tajemnica Makowieckiego

I tym oto sposobem rozpoczynamy nowy cykl w kategorii pop/kultura.

Zanim przejdziemy do esencji to drobna uwaga organizacyjna. Na blogu pojawiły się kategorie: pop/kultura, społeczeństwo i jak żyć. Pierwsza będzie recenzjami, druga komentarzami do spraw bieżących, trzecia dość luźnymi felietonami. Stare teksty częściowo zostały poprzypisywane do nowej struktury (czego się nie dało podciągnąć pod owe zostało w kategorii „na trawie”). Spodziewajcie się średnio trzech tekstów tygodniowo. Lecz nie zawsze. Kolejna sprawa tyczy komentujących. Znalazłam się w takim punkcie prowadzenia bloga, że bardzo zależy mi na jego wysokim poziomie. Jeśli nie macie do powiedzenia nic mądrego i w temacie, to darujcie sobie pisanie „czegokolwiek”. Blogów jest dużo, na różnych poziomach. Mój ma być na poziomie wysokim. Wiem, że na takim poziomie jest większość z Was, jednak życzyłabym sobie, żeby komentarze to odzwierciedlały. A nie zawsze tak jest.

Lecimy.

Tajemnica Filomeny Martin Sixsmith

Książka, o której zrobiło się głośno, gdy do kin wchodziła jej ekranizacja. Jak wiadomo wolimy książkę niż ekranizację… Wolimy NAJPIERW książkę, potem ekranizację. Tu mała uwaga: nie znoszę książek, które mają okładkę filmową. Nie chcę widzieć na okładce facjaty aktorów, którzy grali główne role. Po to sięgam po książkę by odpalić swoją wyobraźnię. A być może w niej tytułowa Filomena nie wyglądałaby jak Judi Dench…

Kim jest tytułowa postać? Kobietą, która jako nastolatką zaszła w ciążę, a że przypadło to na lata ’50 w Irlandii, to ze swoim „brzuchem” wylądowała w klasztorze, w którym urodziła chłopca i została zmuszona do oddania go do adopcji. Dziecko w wieku 3. lat trafiło do amerykańskiej rodziny, dostało nową tożsamość, nowe życie. Jednak ani ono, ani jego matka nigdy o sobie nie zapomnieli.

Książka jest interesująca. Dobrze napisana. Czyta się ją bardzo płynnie. Opowieść wciąga. Jednakże robienie z niej historii o poszukiwaniu utraconej miłości matka-syn to gruba przesada. Cała fabuła stanowi właściwie biografię bohatera, który mimo wielu perturbacji wypełnia formułę „american dream”: kończąc dobre studia, realizując się zawodowo w polityce mimo wielu przeciwności losu, wynikających tak z jego pochodzenia jak i stanu jego ducha. Tajemnica Filomeny to właściwie bardziej studium uczuć człowieka, który całe życie zmaga się z pytaniem „czy matka oddała mnie, bo mnie nie kochała?” i z noszeniem maski heteroseksualisty, który tak naprawdę jest gejem o zapędach sadomasochistycznych. Nie dziwi więc, że wątek rodzinnych poszukiwań ogranicza się tak naprawdę do ostatnich kilku kartek książki.

Być może takie odczucie jest winą polskiego tłumaczenia tytułu oryginału powieści. Wszak „The lost child of Philomena Lee” wskazuje bardziej na biografię jakiegoś zaginionego dziecka niż opowieść o bohaterce noszącej w sercu jakiś sekret…

Zdecydowanie najciekawszym wątkiem książki jest jej historyczno-społeczno-polityczne tło. Opis relacji na linii państwo-kościół w Irlandii lat ’50 czy też opowieść o negatywnym stosunku amerykańskich polityków lat ’70 (czasy republikanów, Cartera, Reagana, Busha Seniora) do homoseksualistów i rozpoczynającego się dramatu AIDS i HIV, przy jednoczesnej cichej akceptacji dla innych orientacji w strukturach władzy, czynią z Tajemnicy Filomeny wartą uwagi pozycję, przy której można się i wzruszyć, i zadumać.

Moizm Tomasz Makowiecki

Mój kontakt z tą płyta jest dziełem przypadku. I oby więcej takich przypadków w moim życiu… W któryś sobotni wieczór trafiłam na koncert Makowieckiego w studiu radiowej Trójki. W pierwszym momencie miałam ochotę wyłączyć radio w obawie przed popowym pogrywaniem zasługującym jedynie na określenie „poprawne” i liryką na poziomie „miasto kobiet wciąga mnie je je je je”. Nie wyłączyłam. Uff. Koncert otworzył bodajże pierwszy utwór z płyty pt. Dziecko księżyca. Spokojna ballada, pełna syntetycznych brzmień, przywodzących na myśl muzykę lat ’90… Przy holidays in Rome zorientowałam się, że ja już to słyszałam w radio. Koncert- dobro. Płyta studyjna- dobro. Reasumując: mamy tu pop, żywe instrumenty, syntetykę, spokojny, dobry wokal. Połączenie muzyki popularnej ze szczyptą elektroniki, lekki krokiem stylistycznym w kierunku przełomu ’80/90 bardzo jednak świeżym i gustownym. Największą niespodzianka było dla mnie jednak doszukanie się listy muzyków, którzy stoją za płytą: Daniel Bloom (który z Możdżerem zrobił świetną ścieżkę dźwiękową do filmu Tulipany), doskonały saksofonista Irek Wojtczak oraz gdańscy muzycy: Kuba Staruszkiewicz (kiedyś Pink Freud, dziś Loco Star) i Pat Stawiński (Kobiety). To nie mogło się nie udać. Moizm Makowieckiego jest dla mnie przełomem w jego twórczości na miarę Grandy u Brodki. Oby tak dalej.

Standard