Pop/kultura

Śpiewać każdy może

Poważnie. Tych, co nie mogą, bo autentycznie nie mają słuchu jest na świecie jakiś niewielki procent. Cała reszta słuch ma, śpiewać może, a to, że fałszuje, to tylko wina braku szkolenia głosu. Właśnie. Jeśli słyszysz, że fałszujesz, to znaczy, że słuch masz. To nawet cholernie logiczne.

Zawsze lubiłam śpiewać. Jako małe dziecko śpiewałam do skakanki, która służyła mi za mikrofon i pamiętam, że najpopularniejszym utworem z mojego repertuaru było „hej sokoły”, czyli „Ukraina”. Potem, na jakiś czas porzuciłam karierę wokalistki na rzecz kariery dyrygenta i całe godziny potrafiłam spędzać na dyrygowaniu wyimaginowaną orkiestrą, w takt płyty z „Czterema Porami Roku” Vivaldiego lub „the best of” Straussa (do którego też czasem układałam choreografię, kiedy to, sezonowo, stawałam się w swojej głowie łyżwiarką figurową). Nawet pamiętam, że jednym z moich ulubionych utworów była Trish Trash Polka. Kiedy uświadomiłam sobie, że kilkugodzinne machanie rękoma może wyglądać jak choroba psychiczna i raczej nie wniesie nic konkretnego do mojego rozwoju osobistego, powróciłam do śpiewania, a najchętniej upust wokalnej energii dawałam odkurzając mieszkanie.

Jakieś 2 lata temu podjęłam decyzję o skonsultowaniu swoich umiejętności z profesjonalistą. Po dość długich poszukiwaniach kogoś odpowiedniego, trafiłam do Magdy, która moim wokalnym mentorem jest do dziś. Najboleśniejsza okazała się oczywiście konfrontacja wyobrażeń z rzeczywistością…

Marzyłam o śpiewaniu niskim, ciemnym głosem. Gdzieś tam, oczami duszy, widziałam siebie, ubraną w długą, czarną suknie, z uwieszonymi na szyi perłami, śpiewającą jazzowe standardy z klasycznym zestawem instrumentalistów za plecami. Wszystko w scenografii małej, zadymionej knajpy, w której, jeszcze chwila, a pojawi się Al Pacino. Sącząc whisky będzie powłóczyście na mnie spoglądał, a mój głos sprawi, że w jego oku zaszkli się łza. Pobudka.

Nadspodziewanie szybko okazało się, że mojemu głosowi bardzo jest daleko do niskich dźwięków, a zasadniczo leży on po zupełnie innej stronie klawiatury fortepianu. Magda dość sprawnie wyjaśniła mi, że rodzaj głosu najczęściej można ocenić już po samym wzroście człowieka- im jest się niższym, tym struny głosowe są krótsze, a im są krótsze, tym głos jest wyższy. Przy moich niecałych 160 cm wzrostu raczej nie powinnam się była więc spodziewać altu, lecz na klatę przyjąć fakt, że jestem dumną, choć rozczarowaną posiadaczką sopranu. I to bardzo wysokiego. Tu należy się Wam kolejne parę słów wyjaśnień. Przede wszystkim, głosów wokalistów rozrywkowych (takich, co lecą w radio), nie określa się typami głosów. Te rozróżnienia stosowane są najczęściej dla głosów klasycznych (opera, operetka, ew. musical). Kobiece głosy, zasadniczo dzielą się na: alt (jest to najniższy głos, wizualizujcie uszami Adele), mezzosopran (głos nieco wyższy) oraz sopran (głos wysoki). Oczywiście można je jeszcze dzielić na kolejne rodzaje (np. sopran liryczny czy dramatyczny), z pośród nich, najciekawszym jest sopran koloraturowy (poszukajcie sobie Arii Królowej Nocy z „Zaczarowanego Fletu”), który jest bardzo wysoki i potrafi wykonywać ozdobniki, które składają się z szybkiej serii bardzo precyzyjnych i wysokich dźwięków. Istnieje jeszcze pojecie takiego rodzaju głosu żeńskiego jak kontralt, który to jest zasadniczo altem o szerszej skali niż sam alt, posiadającym umiejętność śpiewania koloratur. Kiedy posiadaczka takiego głosu śpiewa nisko to brzmi jak alt, kiedy śpiewa wysoko, brzmi jak sopran. Jest to niezwykle rzadki głos, szczególnie w Europie. Z tej też przyczyny, wykazujcie zawsze dużą nieufność wobec informacji, że Adele czy Lady Gaga śpiewają kontraltem. Ciężko ocenić z repertuaru, który wykonują realne możliwości ich wokali, ale kontralt nie jest naprawdę czymś, co stoi na każdym skrzyżowaniu.

No dobrze. To może jeszcze kilka innych mitów o śpiewaniu…

Pewnie czytając poprzedni paragraf tekstu pomyśleliście sobie, że głos wysoki, to jakieś piszczenie i zawodzenie, przypominające wycie do księżyca. Otóż nic bardziej mylnego. O tym, jak brzmi głos decyduje jego barwa. Z technicznego punktu widzenia, barwa jest natężeniem składowych tonów w głosie. Tak wiem. Brzmi to zbyt abstrakcyjnie. Wyobraźcie sobie, że stoicie w stodole. Przez szpary między deskami w jej ścianach wpada słońce. Jeśli staniecie nieco pod kątem, to zobaczycie, jak w tych słonecznych promieniach wirują drobiny kurzu i pyłu. Słońce powoduje, że skrzą i błyszczą. Deski są naszymi strunami głosowymi, słońce jest oddechem, promienie, które wpadają przez deski do stodoły, to nasz głos, ten pył to tony składowe, a skrzące i wirujące w słońcu drobiny to właśnie barwa. I to barwa decyduje o odbiorze głosu przez słuchacza. Często zdarza się tak, że niewprawne ucho słyszy głos, który określa jako „niski”, a okazuje się, że w rzeczywistości, jest to głos wysoki, ale o ciemnej, aksamitnej barwie. Posłuchajcie np. Elli Fitzgerald. Brzmi bardzo nisko, w rzeczywistości jest to zasługą barwy jej głosu, nie jego rodzaju.

Urzekające są też opowieści o wokalistkach i wokalistach, którzy posiadają np. 9 oktaw głosu. Oktawa jest jednym do-re-mi-fa-sol-la-si-do. Współczesny fortepian składa się z 88 dźwięków, czyli 7 i 1/4 oktawy. Wyobrażacie sobie kogoś, kto jest wstanie odśpiewać więcej dźwięków niż fortepian? Litości! Szczególnie, że ludzki słuch jest w stanie rozróżnić maksymalnie 10 oktaw dźwięków, przeciętny, nieszkolony głos osiąga rozpiętość około 1,5 oktawy, a szkolony poszerza się do około 3. Oczywiście, że są ewenementy, ale te ewenementy to raczej coś w okolicy 5 oktaw, a nie 100 dźwięków, o skali większej niż klawiatura fortepianu.

Śpiewanie nie męczy. To kolejny mit. Uwierzcie mi, że po intensywnej lekcji jestem zgrzana jak po jeździe rowerem i miewam dzień po zakwasy. Śpiewanie kosztuje sporo wysiłku od mięśni. Tak mięśni umiejscowionych w gardle, jak mięśni brzucha, które ruszają naszą przeponą oraz żebrami. Zasadniczo śpiewanie polega na nabraniu do przepony dużej ilości powietrza i wypuszczenia tego powietrza przez struny głosowe, które tworzą dźwięk. Samo nauczenie się odpowiedniego oddychania zajmuje sporo czasu. Nagle okazuje się, że całe życie funkcjonujemy na półoddechu, a prawidłowo nabrane powietrze nie tylko wydyma nasz brzuch do przodu, ale rozdyma też boki, a wręcz plecy. Im więcej precyzyjnych dźwięków mamy do wykonania, tym bardziej precyzyjnie musimy pracować przeponą- przepis na zakwasy gotowy. Mnie męczy nawet myśl o tym, że niepoprawne śpiewanie niszczy struny głosowe (to delikatny instrument), a kontuzja głosu leczy się dużo dłużej niż kontuzja kolana.

Śpiewanie jest proste. Są tacy, dla których jest. W każdej dziedzinie są ludzie, którzy są samorodnymi talentami i intuicyjnie robią coś dobrze, żeby nie powiedzieć doskonale. Jednak dla większości osób (w tym mnie) to praca i koncentracja. Trzeba pamiętać tekst i melodię, trzeba pamiętać o trzymaniu odpowiedniej pozycji podniebienia miękkiego, krtani, policzków, nozdrzy. Trzeba pamiętać o odpowiednim nabieraniu powietrza. Koordynacja tego wszystkiego jest jak jazda samochodem. Do tego dochodzi jeszcze kwestia interpretacji tego, co się śpiewa, czyli włożenie w swój śpiew jakiś emocji, co rozwiewa kolejny mit o tym, że wokaliści są głupi. Śpiewanie jakiegokolwiek utworu, jeśli ma się w głowie myśli z cyklu „a czy ja gaz wyłączyłam” raczej się nie udaje. Śpiewanie jest trochę jak deklamacja czy aktorstwo- trzeba rozumieć co się śpiewa i włożyć w to swoją interpretację, bo inaczej wykonanie przypomina jakieś banalne odśpiewanie „wlazł kotek na płotek” na szkolnej akademii.

Zawsze śpiewa się tak samo. Yhm. Szczególnie, że nawet ciśnienie atmosferyczne ma wpływ na śpiew. Jeśli ciśnienie jest niskie, to gorzej słyszymy, więc ciężej nam trafić w dźwięk. Tak samo samopoczucie czy kondycja psychiczna pozwala nam śpiewać lepiej lub gorzej. Dopiero wtedy, kiedy opanujemy bardzo dobrze warsztat wokalny jesteśmy w stanie śpiewać nieco niezależnie od naszego nastroju. Dajemy radę przy sennej, deszczowej pogodzie, przy lekkim bólu głowy oraz przy złamanym sercu. Na początku, niczym niewprawiony kierowca, potrzebujemy niemalże idealnych warunków, żeby zaśpiewać dobrze. Nie „świetnie”. Dobrze.

No i jeszcze jedna kwestia, która często dotyka mnie osobiście. Pytanie: po co śpiewasz, skoro jesteś stara i raczej kariery już nie zrobisz? Tak, jakbyśmy w życiu wszystko robili w celu jakiegoś konkretnego „po coś”. Śpiewam bo lubię, bo sprawia mi to radość, bo mnie to odpręża. Śpiewanie to fizyka. Głos to fale dźwiękowe, które wprowadzają w rezonans. Odpowiednio wyemitowany głos potrafi cuda. Pamiętam, jak pierwszy raz uległam czemuś, co ponoć wokaliści miewają standardowo- w trakcie śpiewania miałam wrażenie, że zaczynam się unosić nad ziemią. Miałam zamknięte oczy, wydawało mi się, że stoję na jakimś podwyższeniu i staję się coraz wyższa, pianino i Magdę widzę z coraz większej odległości, dźwięk akompaniamentu staje się coraz odleglejszy. Im bliżej końca utworu byłam, tym bardziej bałam się, że jak otworzę oczy, to poczuję spadanie. Ciężkie do opisania wrażenie, którego nie miałam nigdy wcześniej, nawet we śnie. To właśnie efekt rezonansu, który powstaje w ciele przy prawidłowej emisji głosu. I chociażby z tego powodu uważam, że warto śpiewać- dla kolejnego „czegoś” co sprawia mi radość i dla kolejnych przeżyć, których nie doświadczamy na co dzień.

Poza tym wcale nie jestem stara. I właśnie czekam na informację, czy mam dziś kolejną próbę z zespołem o roboczej nazwie „Zespół Najgorszej Piosenki” :)

Piszcie tu.

Standard

One thought on “Śpiewać każdy może

  1. Pingback: BLOGOŚWIAT | 4 marzec. Aktualizacja

Comments are closed.