Pop/kultura

Pozwól, że dam Ci prezent

Nie wiem czy to altruizm, romantyzm czy hipsterstwo, ale uwielbiam dawać prezenty.

Dostawanie prezentów mnie nieco krępuje. Poważnie. Nie, to nie to, że się nie cieszę. Przeciwnie, cieszę się jak cholera. Ale jest to dla mnie moment stresujący. Zawsze boję się, że niewłaściwie okażę radość, albo, że prezent który dostanę będzie kompletnie nietrafiony i nie uda mi się właściwie odegrać radości, albo, że będzie to coś w mojej ocenie zbyt kosztownego i poczuję się autentycznie bardzo zakłopotana.

Zupełnie przeciwne odczucia mam robiąc prezenty. Już samo planowanie niespodzianki jest dla mnie przyjemnością. Tym bardziej, że zazwyczaj o czyimś święcie przypominam sobie w ostatniej chwili i muszę odpalić w głowie wszystkie procesory, żeby szybko i bezproblemowo wymyślić coś, co sprawi radość temu, kogo chcę obdarować.

W swoim życiu dawałam wiele prezentów. Były to rzeczy dość kosztowne (np. ekspres do kawy, DVD, biżuteria), rzeczy zwyczajne (książki, perfumy, ubrania), rzeczy zaskakujące (pokrowiec na … chusteczki higieniczne) oraz rzeczy hmmm… własnoręcznie robione i praktycznie bezkosztowe, za to kreatywne. I nie, nie mówię o naszyjniku z kości kurczęcia na których gotował się rosół.

Przełomowym momentem w zakresie kreacji prezentowej była 1 klasa podstawówki. Zbliżał się Dzień Matki, wszystkie Mamy zostały zaproszone na klasowe obchody, a moja wychowawczyni wymyśliła rzecz genialną: przyniosła gips, który wlewała nam na dłoń, myśmy zaciskali łapki w piąstkę, a potem, do zastygającej bryłki przyklejaliśmy agrafkę i malowaliśmy dzieło na kolorowo. I tak powstały prezenty dla naszych Matek. Gipsowe odciski wnętrza dłoni, przekształcone w broszkę.

Kilka lat temu odnalazłam w domu to swoje „arcydzieło” sztuki biżuteryjnej i zapytałam mojej Mamy, czemu go nie wyrzuciła (tym bardziej, że dobór plakatówek, którym pomalowałam broszę był, delikatnie mówiąc, przerażający). „Przecież to jest Twoja mała łapka”- powiedziała moja Mama- „miałam wyrzucić taką pamiątkę? Taki cudowny prezent? Zobacz jakie maleńkie miałaś wtedy dłonie…”. Faktycznie. „Broszka” zniknęła gdzieś nieco w mojej ręce, gdy otuliłam ją palcami.

To był taki moment, który zapadł mi w tył głowy i został tam na zawsze, ucząc mnie tego, że prezent nie musi kosztować, nie musi być duży, nie musi być cudownie opakowany, ale musi chwytać za serce.

Od tamtego czasu zdecydowanie częściej daję w prezencie swoje własne fotografie (najczęściej portret osoby obdarowywanej), swoje obrazy (też portrety), nagrywam piosenki, wysyłam ciastka, zabieram gdzieś kogoś, robię dedykację w książkach, kupuję drobiazgi, ale takie, które wiem, że są marzeniem, zaskoczeniem, lub wywołają uśmiech. Nawet zdarza mi się robić memy ;)

I szczerze mówiąc, mam wrażenie, że tymi właśnie prezentami zdecydowanie bardziej robię komuś przyjemność niż przysłowiowym „pół litra”, bukietem kwiatów, czy pierwszą lepszą z brzegu książką z półki TOP10 empik.

Nie wierzycie? Ok. To macie listę prezentów, które zrobiłam ostatnimi laty i które cieszyły na tyle, że zapadły mi w pamięć:

– ciastka wysłane Tomaszowi

– fotografia mojej Przyjaciółki zrobiona jej w metrze w Barcelonie

– zorganizowanie mojej Mamie (wspólnie z Tatą) wyjazdu do Barcelony (ok, kosztowne, ale trzymaliśmy ją w niewiedzy aż do lotniska w Niemczech i nigdy nie zapomnę jej wyrazu twarzy gdy wysiadała na el Prat)

– obrazy i obrazki malowane pędzlem i palcem na tablecie

– moja koszulka Jacka Danielsa podarowana znajomemu, który go uwielbia jeszcze bardziej niż ja

– puszka coli z napisem „kierownik” podarowana szefowej

– woda mineralna i kanapka ofiarowana kumpeli przed podróżą do Warszawy

– tomik poezji z dedykacją autora, przekazany- oczarowanemu jego twórczością- fanowi

– zdjęcie z kartonem z życzeniami urodzinowymi

– własnoręcznie przygotowane obiady/kolacje

– playboy, działkowiec, piwo, żółty ser, ananas itp. jako zestaw imieninowo-rozrywkowy

– życzenia pisane szminką na szybie auta

– imprezy-niespodzianki (prawie takie jak z amerykańskich filmów, gdzie wszyscy krzyczą „surprise” gdy jubilat zapala światło)

– memy

– szczoteczka i pasta do zębów

– paczka fajek

– model malucha

– magazyn Cztery Kąty

– maleńka piłka FC Barcelony z nadrukowanymi podpisami zawodników

– zapalniczka

Poniżej macie kilka fot dokumentujących, a ja idę pogadać z Mężem, który dostał właśnie ode mnie prezent urodzinowy i tryska radością :)

Bądźcie kreatywnymi prezentowiczami, to się bardziej opłaca niż kosz 150 róż czy nowe Porshe. Zgodnie z zasadą, że za ciężką kasę dużo łatwiej kogoś zaskoczyć niż za „pchełki”.

Komentarze można wrzucić TU.

 

 

Standard