Pop/kultura

Biedni Polacy. Oni ponoć nie czytają

Patrzę sobie na NaTemat i widzę tekst polityka, Filipa Kaczmarka. O książkach. No to czytam. I znów mnie lekki szlag trafia. Na nasza władzę. Chociaż jestem apolityczna.

Tekst traktuje o podatku VAT (ziew) i o tym, że państwa UE mają prawo stosować obniżony VAT tylko dla fizycznych wydawnictw książek, więc  nie dla e-booków. Wg autora jest to mocno niesprawiedliwe, bo to książka taka sama jak inna. Ja tam osobiście upatruję spisku, że dowalają VAT, bo zasadniczo cena e-booka powinna być sama w sobie zdecydowanie niższa niż normalnej książki (odpada koszt druku, papieru, transportu, powierzchni w sklepie), więc można dowalić podatkiem. Kupujący i tak zapłaci w ogólnym rozrachunku za e-papier dużo mniej, a państwu wpadnie jakaś kaska do kiesy. Autor kończy tekst informacją, że z zapytaniem o szemraną kwestie VATu zwrócił się do Komisji Europejskiej.

Fajnie. Bardzo się cieszę. Niech nie oszukują. Książka to książka. Ale nie o tym. Oto początek wspomnianego tekstu:

Powodów dramatycznie niskiego czytelnictwa w naszym kraju może być wiele. Wśród nich są też zapewne przyczyny ekonomiczne. Wysokie ceny książek to jedna z nich. Rozumiem, że książka nie może być zbyt tania. Drogi papier, kosztowny druk, dystrybucja nie pomagają w obniżaniu cen. Nawet niewielki 5-cio procentowy VAT na książki niewiele zmienia.

I niech to będzie punktem rozważań w zakresie niskiego poziomu czytelnictwa w Polsce.

Zgodnie z badaniami przeprowadzonymi przez Bibliotekę Narodową, te 56% osób, które nie czytają, to osoby z wykształceniem podstawowym, zawodowym, mieszkańcy wsi,  emeryci i renciści, osoby starsze, rolnicy, bezrobotni oraz osoby ubogie. W opozycji są oczywiście ludzie z dużych miast, z wyższym wykształceniem, studenci i uczniowie, kadra kierownicza, specjaliści, przedsiębiorcy osoby dobrze sytuowane.

Teraz uwaga, najciekawsze. Niby czytają wykształciuchy i uczący się oraz pracujący na w miarę ogarniętych stanowiskach pracy, a:

– ani jednej książki w ciągu roku 2010 nie przeczytało:

25% os. z wyższym wykształceniem, 33% uczniów i studentów, 36% kierowników i specjalistów, 50% pracowników administracji i usług.

Nie lepiej rzecz się miała w kwestii przeczytania tekstu dłuższego niż 3 strony bądź 3 monitory komputera w ciągu miesiąca poprzedzającego badanie. Tu nieczytanie większych ilości deklarowało od 20 do 30% ankietowanych z tych samych grup jak powyżej.

Dodatkowo tylko 12% polaków zadeklarowało, że przeczytało w ciągu roku więcej niż 6 książek.

Co to oznacza? Mniej więcej tyle, że poziom czytelnictwa w grupie „czytającej” wcale nie jest powalający. Jest to grupa która owszem, czyta, ale wcale niezbyt dużo, niezbyt często, nieregularnie i mocno stroni od dłuższych form literackich.

Spontanicznie zapytałam czytelników na facebooku, czy czytają. Reakcja była natychmiastowa i gwałtowna. W ciągu 3 czy 4 godzin, pod moim pytaniem pojawiło się 109 lajków oraz około 25 komentarzy deklarujących czytelnictwo. Wiadomo, że post mój nie dotarł do każdego, rolę odegrał edge rank, nie każdy też chciał odpowiedzieć. Pośród „lubiących” znalazło się 8 moich znajomych, których wykluczam z pozostałej ilości 63 moich „fb-friends”, które lubią profil MojaTrawa. Zostaje 55 osób, z pośród których może ze dwie stronią od książki, co do reszty mam pewność, że czytają. No niech będzie nawet, że pozostaje 50 książko-aktywnych, ale doliczę ich, bo mam pewność, że doliczyć mogę. Daje nam to łącznie 184 osoby zgromadzone wokół bloga, które żwawo deklarują, że czytają. Nieźle, nie? Chociaż oczywiście nie jest to niczym reprezentatywnym. Bardzo mnie mimo to zafascynował ogromny odzew na moją prośbę o przyznanie się do czytania. Pierwszy raz widziałam u siebie takie zaangażowanie w zwykłym statusie.

Teraz uwaga! Niech mi nikt nawet się nie waży mówić, że tak się nie robi badań, że próba nie taka itd. To nie jest żadne badanie. Tak się składa, że o badaniach wiem dużo za dużo i wiem jak się je robi. Jest to tylko zwykły eksperyment poglądowy i luźne, niczym wyliczenia Onetu, snucie wniosków. Takie ot, eksperymentalne dywagacje dla chętnych.

Idźmy dalej. Większość moich czytelników, a zarazem użytkowników facebooka, stanowią osoby w wieku 18-24 (jest to 44%), druga grupa, to osoby 25-34-letnie (36%). Pierwsza grupa, to osoby uczące się, studiujące, raczej niepracujące. Druga grupa to osoby startujące w życie, rozpoczynające kariery, urządzające się na tym świecie. Umówmy się: nie są to grupy które dysponuje jakimiś nadmiarami gotówki. Nie sądzę, żeby osoby z tych grup demograficznych mogły sobie pozwolić na kupowanie książek w dużych ilościach. Szczególnie nowych książek, z księgarni, nie z odzysku. Książka nigdy nie była dobrem pierwszej potrzeby. A jednak wychodzi na to, że moi czytelnicy-facebookowicze czytająw całkiem sporej liczbie. Przy okazji: nie wiem jak tam z VATem w Czechach, ale tam, nie czyta 13 %, a Czesi też do najbogatszych mieszkańców Europy nie należą…

Nasz świat jest tak cudownie urządzony, że istnieją na nim biblioteki, które może nie są tak fajne jak pójście do księgarni i kupienie sobie książki na własność, ale są alternatywą dla ludzi z ograniczonym budżetem. Są też znajomi i rodzina, od których książki można pożyczyć. Jest też internet, a w nim legalne i mniej legalne źródła dla bibliofilów. Może nie jesteśmy jakąś potęga w dziedzinie digitalizacji, ale dużo się zaczyna w tym zakresie dziać i do cyfrowej książki jest coraz szerszy dostęp, a i internet sprzyja rozwojowi inicjatyw opierających się na bookcrossingu i różnych jego odmianach, które w założeniu nie wymagają nakładów finansowych.

Wygląda na to, że cena książki ani sytuacja materialna nie ma większego wpływu na to, czy czytamy czy nie. Zgadzam się oczywiście z tym, że książka papierowa i elektroniczna powinna być obciążona takim samym opodatkowaniem, bo jest to zupełnie sprawiedliwe i argumenty przytoczone w artykule na NaTemat są sensowne, ale nie powinno się spychać winy za kiepskie zainteresowanie słowem pisanym na sprawy ekonomiczne i nimi walczyć o rozwój intelektualny Polaków.

Ja wiem, że Pan Kaczmarek podaje w swoim tekście tylko jedną z możliwości, dla której ludzie stronią od książki i nie uważam jego wypowiedzi za bzdurę, przeciwnie, ale czy nie czas, żeby spojrzeć na kwestię czytelnictwa przez pryzmat większy niż tylko „nie czytają, bo książka jest droga” ? To bardzo powszechna opinia, niestety.

Jak wskazują badania Biblioteki Narodowej, rewolucję w czytelnictwie wprowadzić może tylko większy nacisk na jego wagę w szkolnictwie, rozwój bibliotek, upowszechnianie zasobów (także przez digitalizację) oraz mass media i nowe media.

Biblioteki, czy powszechne zasoby to doskonała alternatywa lub mniej bogatych obywateli i niezłe rozwiązania pomagające w walce o tańszą książkę- jeśli ludzie będą mieli do niej darmowy dostęp, to zmniejszy się prawdopodobnie popyt w tradycyjnych księgarniach. Co spowoduje, że druk książki umrze lub wydawnictwa będą musiały obniżyć ceny publikacji.

Jednakże na nic się to wszystko zda, jeśli w Polakach nie będzie wykształcać się na etapie przedszkolnym i wczesnoszkolnym pasji czytania. Wtedy kolejne badania nie pokażą z pewnością nic lepszego. Sytuacja nie ulegnie zmianie, a może się tylko pogorszyć.

Może to nad tym powinni się skupić politycy w pierwszej kolejności, a nie nad ceną e-booka względem booka, bo jak tak dalej pójdzie, to ani jednego, ani drugiego nie będzie komu kupować. Tym bardziej, że jak świadczą moi czytelnicy- jeśli chce się czytać, to cena książek nie powinna grać większej roli. Czytać po prostu trzeba chcieć.

*Wyniki czytelnictwa z badania BN o którym wspominam można zobaczyć tu: http://www.bn.org.pl/download/document/1297852787.pdf

komentarze.

 

Standard