Jak żyć?

Nie. Nie każdy musi mieć klasę.

Skąd w części narodu to przekonanie, że za wszelką cenę muszą być wykształceni i na bogato?

Drodzy Czytelnicy. Świat jest urządzony jak już pewnie zauważyliście niesprawiedliwie. Są ludzie biedni i bogaci, są ludzie piękni i brzydcy, ludzie mądrzy i głupi. Między tą bielą i czernią są też odcienie szarości.

Tak było, jest i będzie i nie ma siły z tym walczyć. „Prawdy nie okłamiesz”- jak mawia mój znajomy, „z przeznaczeniem nie wygrasz”, jak mawiam ja. Jeśli urodziłeś się mózgowcem, to idź na studia, edukuj się, zostań naukowcem, korzystaj ze swojej nadnaturalnej ilości zwojów i szarych komórek. Jeśli zaś urodziłeś się piękny lecz mało błyskotliwy, to zajmij się korzystaniem ze swojego uroku. Zostań modelem czy modelką, albo przystojnym mechanikiem samochodowym, jeśli poza urokiem masz również ciągoty do aut.

Ale na Boga, nie pchaj się na siłę tam, gdzie nie pasujesz za cholerę. Naprawdę! Nie każdy w tym kraju musi mieć wyższe wykształcenie, nie każdy musi znać 8 języków obcych, nie każdy musi czytać do poduszki Kanta, nie każdy musi umieć się zachować w każdej sytuacji.

Jeśli nie czujesz się na siłach do bycia intelektualną i kulturalną elitą, to nią nie bądź. Zajmij się tym, co sprawia Ci przyjemność, korzystaj z atutów które masz i nie wcielaj się na siłę w rolę kogoś, kim nie jesteś.

W dzisiejszych czasach o dyplom magistra nie jest trudno. Języka też każda małpa się nauczy. Gry na pianinie także. Pytanie tylko, po co Ci dyplom, FCE i suity jeśli marzysz o byciu manikiurzystką lub spawaczem? Bo tak trzeba? Bo tak lepiej? Bo tak wypada? A kto tak powiedział? Nigdzie nie jest powiedziane, że wszyscy mają być „inteligentami”. Ba! Zaskoczę Cię pewnie. Inteligenci mają w życiu gorzej. Najlepiej zarabia się w zawodach stricte rzemieślniczych. Dobry stolarz ma zawsze pełne ręce roboty. Filolog klasyczny niekoniecznie. Z języka suahili zupy nie ugotujesz. Z partytury także.

Za sukcesem życiowym stoją naturalne uwarunkowania. Jak nie masz talentu do nauki, to naukowcem nie będziesz. Jak nie masz zdolności manualnych, to fachowcem od remontu też nie zostaniesz. Pewnie, że wszystkiego można się nauczyć, ale rzemieślnik to nie artysta. A rzemieślnicy pod rękę z chwałą nie chadzają.

Jest jeszcze inna strona medalu. Nie wszystko da się kupić. Za dyplom zapłacić możesz. Mamy niż demograficzny. Uczelnie przyjmą na zaoczne niemalże każdego i dadzą mu podchodzić do egzaminów 100 razy. Bo za tym stoi kasa. Markowe ciuchy też możesz kupić. Jednak odpieprzenie się w Armaniego i Blahniki nie będzie miało znaczenia jeśli otworzysz usta i popłynie z nich szambo. Będziesz wtedy wyglądać jak człowiek obrzucony dolarami i gównem. Za urodę też da się zapłacić. Jedna rzecz, której kupić się nie da, to klasa.

Klasa to coś, co po prostu mamy, co wyrabia się w nas z okresem wzrostu, ale nie da się jej wypracować. Nie da się jej kupić ani nauczyć. I niekoniecznie idzie ona w parze z bogactwem, luksusem i przepychem. Idzie najczęściej z mądrością i obyciem.

I zaprawdę powiadam Ci- klasę nie każdy musi mieć. Tak jak nie każdy musi mieć długie nogi i zdolności do przedmiotów ścisłych. Nie masz klasy? Nie ma sprawy. Tylko błagam, nie udawaj jej, bo się nie uda.

W ramach puenty historyjka z życia Yuriego Drabenta

Galeria Mokotów, Vapiano, jedzonko. Lubię Vapiano – dobre jedzenie, szybko robią, blisko i wygodnie, często tam chodzę. Kelnerzy profesjonalni, pomocni, sprawni. Fajnie. Stoję sobie spokojnie w kolejce, wiem, co chcę zamówić – penne al pomodoro fresco e basilico, zajebiste – także czekam sobie bez napięć i kontempluję rzeczywistość.

Stoi tuż obok. Nie da się jej nie zauważyć. Zjawisko, nimfa, Kobieta-Rakieta. Najklasyczniejsza z klasycznych przedstawicielka Damy z Galmoku. Piękno, klasa, kasa, ochach. Tu sporo takich, wiadomo, gatunek lubi występować przy Wołoskiej. Wszyscy wiedzą przecież – a jak nie wiedzą, to niech się czym prędzej dowiedzą – że Galmok to nie jest jakieś tam pierwsze lepsze centrum handlowe. THIS. IS. GALMOK. Tu nie ma miejsca na przeciętność, biedę czy grawitację. To stolica szyku i stylu, mekka ludzi przepięknych, oaza, w której docenia się wyrafinowane, warszawskie życie przez duże Ż, z najwyższej półki i w ogóle do you speak Polish. Miejsce z charakterem, przez niektórych stawiane na równi z domem – ba, wyżej! – po którym można przechadzać się bez końca, radośnie wymachując torbami pełnymi zakupów, co i rusz wybuchając perlistym śmiechem pełnym szczęścia, zatracając się w nieprzebranych okazjach, szukając siebie w zgiełku luksusu i oddychając pełną piersią.

Zresztą, co ja się będę rozpisywał – w Galmoku na drugim piętrze, na środku korytarza jest otwarta lokal-wyspa, chyba Moët & Chandon, w którym – aby ochłonąć z szału zakupów i odetchnąć od rajdów po butikach – można usiąść sobie na luksusowo śnieżnobiałych sofach, a ubrany w kurwa frak pan kelner poda nam przepiękny, zdobiony kieliszek ekskluzywnego szampana. Serio. Na środku korytarza. Jak pracujący dla Galerii pan sprzątacz naciera tym swoim wózkiem do ścierania podłóg, to trzeba trochę przykurczyć nogi, żeby się zmieścił i przejechał, ale – jak go nie ma – pełen luksus.

No. Więc obok mnie pani. Przepiękna – przynajmniej z tego, co widać zza ogromnych, markowych okularów. Cud, miód, malina. Za jej Poli Raksy twarz można by nie wiem, co zrobić, ale na pewno sporo, typu kupić sobie jakiś kraj. Ubrana – jak marzenie. Ja się tam na damskiej garderobie i towarzyszącej jej nomenklaturze za bardzo nie znam, więc nie będę silił się na jakiś wyspecjalizowany opis, bo pewnie błąd ścieliłby się gęsto. Powiem krótko, jak facet – pani wyglądała wspaniale. Wszystko leżało jak ulał, dodatki były tam, gdzie trzeba, apaszka, torebka, zegarek, kolczyki, wszystko. Królowa. Obcasy miała tak wysokie, że jakby je zdjęła i przekręciła wertykalnie, mogłyby w razie potyczki na broń białą robić za szpadę. Pachniała tak ślicznie, że mogłaby sama jedna wystąpić w sequelu Pachnidła i wystarczyłoby, żeby film był hitem. Poruszała się z taką lekkością, gracją i niewymuszoną elegancją, że – gdy nienagannie przyozdobionymi paznokciami uderzała w ekran swojego iPhona 5 – oczyma duszy oglądałem wirtuozerskie wykonanie finału w Konkursie Chopinowskim.
Piękna, przepiękna, jedyna.

Patrzę na nią, wzroku oderwać nie mogąc. Na próżno – nimfa nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi. W głowie milion myśli – co zamówi? Co jedzą anioły? Kim jest? Czy mówi wierszem? Ona tymczasem, zjawiskowo, płynąc jakby, zbliża się do kasy. Pan kelner, wyraźnie pod wrażeniem, wita ją uśmiechem i uprzejmym skinieniem głowy, po czym pyta:

– dzień dobry, co będzie dla pięknej pani?

Na co nimfa zaskoczona, podnosi wzrok znad iPhona, patrzy na kelnera, po czym otwiera swoje nieskazitelnie pomalowane usteczka i odzywa się w te oto słowy:

– weznę trójkę z karty, tylko żeby te kluski takie miękciejsze były, dobra? Zrobisz pan tak?

Oj.

Kelner pełne pro, uśmiechnął się, ładnie powtórzył, upewnił, po czym zaczął gotowanie.

We mnie coś umarło.

Komentarze tu.

Standard