Społeczeństwo

Nie chcę się żegnać, ale …

Był ze mną od małego. I teraz ma zniknąć? Nie zgadzam się. Mam ochotę płakać.

Po tym nieco zaskakującym tytule i wstępie, pewnie masz już w głowie Drogi Czytelniku wizję końca tego bloga albo opowieść o śmierci ukochanego żółwia lub dziadka. Nic z tych rzeczy. Żółwia nigdy nie miałam. Dziadków też nie za długo.

Leżę w łóżku, bom chora, i trzymam w rękach ostatni numer Przekroju. I ściska mnie w dołku. Bo znamy się od maleńkości. Mojej maleńkości. Od czasów, kiedy Przekrój był już dojrzałym tytułem, a ja jeszcze dzieciakiem, który nad umiejętność czytania przedkładał pismo obrazkowe, więc z zapałem studiował „rozmaitości” z czwartej okładki stosów numerów leżących w kącie, obok telewizora, u mojej Babci. Jak pewnie łatwo się domyślić, miłością darzyłam Filutka.

Pamiętam Przekrój za Najsztuba, Ziomeckiego, Kowalczyka, Janowskiej, Rumianka, Szyller, Kurkiewicza. Zmieniało się wtedy… Oj zmieniało. Wraz z przeniesieniem redakcji do Warszawy, wróżono tygodnikowi rychły upadek i mimo, że osobiście zaklinałam rzeczywistość, były momenty, gdy się rozstawaliśmy na dłuższy czas. Ale zawsze w końcu do siebie wracaliśmy. Czemu? Nie wiem. Może dlatego, że to pismo jest synonimem słowa „kultowy”? Może dlatego, że zawsze zatrudniało świetnych ilustratorów? A może dlatego, że od zawsze stanowiło dla mnie przykład rasowego dziennikarstwa i pewnie stąd, pytana o to, czemu piszę bloga odpowiadałam zawsze pół żartem, pół serio „żeby kiedyś pisać felietony dla Przekroju”.

Przekrój się zmieniał. Nadążał za światem. Jakiś czas temu Babcia przewertowała jeden z numerów i orzekła, że to już nie to samo, że to już nie ten Przekrój co kiedyś. I dobrze! Przecież od 1945 roku zmieniło się multum rzeczy! Świat zdominował internet, nowe technologie stały się języczkiem uwagi nauki, gospodarki, życia codziennego, ludzie zaczęli rzygać polityką, dochodząc do wniosku, że nie utożsamiają się z rządzącą „elitą”, która z pewnością intelektualną nie jest, za to zainteresowali się ekologią. Przekrój pod rednaczelką Ziomeckiej i Prokopa był moim Przekrojem. Przekrojem moich czasów. Przekrojem, do którego pewnie odnosiłabym się niczym moja Babcia, mając 90 lat i zaglądając do aktualnego numeru.

I co teraz? Hajdarowicz sprzedał tytuł, czego się możemy spodziewać? Plotkarskiego miesięcznika? Kwartalnika z wzorami robótek ręcznych? Tej samej, bądź nowej jakości co tydzień?

Oby tego ostatniego. Bo jeżeli nie, to wyjdzie na to, że doprowadziliśmy (bądź doszliśmy) do momentu, w którym prasowe koncerny doszły do wniosku, że nie opłaca wydawać się nic powyżej poziomu Gali, Viva, Show i innej lakierowanej szmiry za 1,99.

Żegnam się więc z Przekrojem. Mam nadzieję, że tylko na chwilę. Boję się, że już na zawsze. To ten najboleśniejszy rodzaj pożegnań, chociaż jak mówią „nadzieja umiera ostatnia”. Ale jest też „matką głupich”.

P.S. Tak w ogóle, to Przekrój mnie kiedyś dał przypadkiem na okładkę jednego z numerów :)

Inna kolorystyka, ale to i tak bardziej ja niż ktoś inny :)

Inna kolorystyka, ale to i tak bardziej ja niż ktoś inny :)

Standard