Pop/kultura

Masz wiadomość z księgarni

Jednym z moich ulubionych filmów ever i za razem takich, po które sięgam szczególnie chętnie gdy tylko zaczyna się zima jest „Masz wiadomość”. Nie wiem, czy istnieje ktoś, komu należałoby przedstawiać ten tytuł. Nie wiem też, co właściwie mnie w nim tak urzeka, czy to urokliwy, nowojorski Manhattan , czy pełna czułości historia rodzinnej księgarni, czy internetowy romans dwojga ludzi, którzy codziennie, lecz bezwiednie mijają się na ulicach Upper West Side. W tym roku „Masz wiadomość” wydaje mi się być wybitnie aktualny, więc pewnie na dniach go obejrzę (po raz chyba tysięczny) i razem z główną bohaterką będę płakać na końcu przy „somewhere over the rainbow”, zapominając o tym, że przez pierwsze 5 minut filmu się śmiałam z modemów i starych metod łączenia z internetem oraz podkradania się dwójki bohaterów do komputerów celem odebrania poczty.

Niewątpliwie jednym z powodów, dla których darze sentymentem „Masz wiadomość” jest to, że dzieje się on w większości w okolicy Bożego Narodzenia i bohaterami są książki, a dla mnie ostatnie przedświąteczne dni, to zazwyczaj moment na kupowanie prezentów, które akurat w moim wypadku są w dużej mierze prezentami właśnie książkowymi. Bardzo lubię błąkać się w grudniu po księgarniach i leniwie (o ile czas na to pozwala) wybierać upominki dla najbliższych. W tym roku ta operacja jeszcze przede mną, ale wiem już jakiego zeszłorocznego błędu nie popełnię: nie odwiedzę raczej Empiku. Nie ma to absolutnie nic wspólnego ze wspieraniem małych księgarni, żeby nie dać im się zjeść przez wielkie megastory, nie ma to też nic wspólnego z cenami książek. Tu bardziej chodzi o klimat, poczucie pewnej indywidualności i szacunku.

Jestem wychowana w kulcie książek. Zanim przeprowadziliśmy się na wieś, cały mój mały pokój w betonowym M3 wypełniony był książkami, które zajmowały 4 regały, prawie od podłogi po sufit, stojąc dumnie w dwóch rzędach. Była półka z lekturami szkolnymi, z książkami dla dzieci, z poezją, z encyklopediami, z książkami o żeglarstwie i podróżach, z klasyką polską (w tym działami zebranymi Prusa, które przez przypadek kupiła moja Prababcia, zamiast Prousta) oraz z klasyką światową, pośród której, zdecydowanie najwięcej miejsca zajmowali klasycy rosyjscy. Jako dziecko godzinami bawiłam się w bibliotekę, spisując w listę posiadane publikacje i zakładając im biblioteczne karty. Kiedy tylko nauczyłam się czytać, zaczęłam rościć sobie pretensje do czytania książek dla dorosłych- najpierw chciałam koniecznie czytać „każdemu, co mu się należy (od mafii)” Leonadro Sciasca, bo miało śliczną, różową okładkę, potem znalazłam książkę obłożoną w żółty papier do pakowania prezentów, na którym nadrukowane były smerfy. I nie dałam się przekonać, że to tylko chałupnicza obwoluta, która skrywa trudną książkę dla dorosłych. Uparcie twierdziłam, że jak są smerfy, to jest to książka z całą pewnością dla mnie. Kilka lat później okazało się, że to „Mistrz i Małgorzata”… sentyment do tego dzieła pozostał. Moi Rodzice nigdy nie walczyli z  moimi aspiracjami do bycia czytelnikiem poważnych lektur. Dobrze wiedzieli, że szybko się znudzę. Podtykali mi za to pozycje dla dzieci, które wspominam z łezką w oku po dziś dzień.

Kiedy przeprowadziliśmy się do domu na wsi, znalazło się osobne pomieszczenie na całe nasze zbiory, zwane teraz „biblioteką”. Może zbyt szumnie, ale na większości gości i tak robi wrażenie. Za każdym razem, kiedy mam ochotę coś przeczytać, a nie wiem co, to spędzam w tym pokoju kilkanaście lub kilkadziesiąt minut, wertując różne tomy i szukając czegoś, co sprawi mi przyjemność. Czasem wsiąkam tam na kilka godzin, czasem wracam do swojego pokoju obładowana jak wielbłąd i przez kolejne godziny nie mogę podjąć ostatecznej decyzji od czego zacząć.

Tego samego odczucia spokoju w wyborze oczekuję od księgarni. Nie chcę słuchać tandetnych piosenek świątecznych, które zagłuszają moje myśli. Chce mieć wsparcie wśród obsługi, która nie tylko sprawdzi w komputerze, czy dana książka jest dostępna, ale także doradzi mi coś w zakresie wyboru. Chce mieć wszystko w zasięgu ręki, a nie ganiać po wielkiej powierzchni szukając odpowiednich działów. Chcę mieć też poczucie, że wystawione na zaszczytne miejsce książki, to faktycznie coś wartościowego, a nie bestsellery, które zajmują regał top ten, tylko i wyłącznie z racji ilości sprzedanych egzemplarzy. Nie muszę wcale mieć foteli czy puf na których spędzę kilka godzin czytając książki bez kupowania. Po co? W takim celu mogę iść do czytelni… Zresztą książka smakuje najlepiej w ciszy i spokoju, na własnym fotelu z kubkiem ulubionej herbaty, którą można się nawet nieco oblać, bo ma się na sobie domowy dres. Dużo szybciej odwiedzę wyspecjalizowane, kawiarnio-księgarnie, bo tam chociaż będę miała poczucie intymności i porozumienia z obsługą. Książka dla mnie wymaga celebracji. I kupowanie jej w miejscu, w którym szacunek do niej czuć, sprawia mi dużo większą przyjemność, niż kupowanie jej w książkowym hipermarkecie. Tym bardziej, że poza pufami do poczytania, czy kawiarnią w księgarni, zaczyna zacierać się unikalność Empików. Coraz więcej księgarni poszerza swój asortyment o artykuły papiernicze, czy zabawki, książki obcojęzyczne oraz audiobooki i w prawie każdej, można już zamówić szukaną publikację, nawet jeśli polega to na ładnym uśmiechnięciu się do obsługi, a nie na korzystaniu ze standardowej oferty placówki. Nawet telefon z księgarni „może już Pani odebrać zamówiony album” brzmi jakoś tak czulej, niż bezduszny mail zaczynający się od słów „witaj Aleksandra! Twoje zamówienie zostało zrealizowane”.

A jakie są wasze ulubione formy zakupu książek? Piszta :)

p.s. chyba nie tylko ja mam ostatnio spadek miłości do Empiku. Poczytajcie o odczuciach mojego blogowego dziecka, Jana :) i koniecznie polubcie go na Fejsbuniu i zaglądajcie na jego blog, bo rozpiera mnie matczyna duma :)

Standard