Na Trawie

Mam na imię Ida i powiem Ci kim jestem.

Czy jest tu ktoś, kto lubi być szufladkowany, wsadzany do jednego worka z innymi, oceniany „na pierwszy rzut oka”? Nie wiem jak Wy, ale ja tego nie lubię. Będzie mi bardzo miło, jeśli przeczytacie ten tekst.

Chciałabym Wam wyjaśnić parę rzeczy, które być może nie są dla Was oczywiste. A może trafiliście tu nie dawno i nie wiecie kim jestem.

Nie wymagam komentarza, ani przyznania mi racji. Jednakże chciałabym, żebyście przyjęli do wiadomości moje słowa.

Co z blogosferą?

Nie wiem. Bo to wszystko zależy w dużej mierze od blogerów. Nikt parę lat temu nie przewidywał, że się tak rozwiną i myślę, że nikt nie jest w stanie też do końca przewidzieć co się z blogosferą stanie za chwilę. Moje zdanie jest następujące: jeśli blogerzy będą dalej robić wrażenie świętych krów którym wolno wszystko, wszystko im się należy, a jedynym bogiem jest dla nich mamona, to nie stanie się nic dobrego.

Blogerzy nie mogą liczyć na dystans i poczucie humoru czytelnika, który ma obowiązek zrozumieć, że jakiś tekst o darach losu, cudowności bycia blogerem czy milionach, które blogerzy zarabiają jest ironią lub prowokacją. Hołduję zasadzie mówiącej o tym, że za niezrozumienie komunikatu większość winy ponosi nadawca. I ok: możemy sobie banować lub rugać czytelników, którzy nie rozumieją tego co piszemy, możemy próbować dążyć do tego by otaczać się tylko czytelnikami inteligentnymi, o poczuciu humoru podobnym do naszego, o podobnej wrażliwości, ale musimy się liczyć z tym, że zdyskwalifikowana przez nas grupa nie obdarzy nas uczuciem. Ich prawo.

W partykularnym przypadku internetu i blogosfery, to prawo skutkuje możliwością krytykowania nas głośno, co z kolei my mamy możliwość przeczytać, za to mamy sporą trudność w odgrodzeniu się od tego. Nie dzieli nas dystans. Pisarze i dziennikarze z założenia są autorytetami, z którymi mało kto ośmiela się dyskutować, po drugie nie nadają swojego komunikatu tak bezpośrednio do czytelnika jak blogerzy. Coś ich od internauty odgradza- wydawnictwo, agent, redakcja. Oczywiście tak dziennikarze jak i pisarze publikują również treści w internecie, ale nie są w pewien sposób za nie bezpośrednio odpowiedzialni. Pracuje z nimi sztab ludzi. Ich rola może się ograniczyć TYLKO do pisania, a potem do sprawdzania stanu konta w banku. Bloger pisze, sam udostępnia swoją treść, sam komunikuje się z czytelnikiem, sam jest sobie sterem, żeglarzem, okrętem. To jest inny, nieporównywalny poziom.

Dlatego bloger musi rozważyć jak powinien działać, co mu się opłaci w ogólnym rozrachunku najbardziej, jakie są jego cele. I tak zawsze znajdzie się grupa, której się jego postać nie spodoba. Zasadnicze pytanie: wolimy ilość czy jakość? Wolimy iść na ilość, robić sobie zasięg i zarabiać, czy iść na jakość i mieć na uwadze to, że zawsze będziemy mieć zbyt mało czytelników, by być ciekawym z punktu widzenia reklamodawcy. Czy można połączyć jakość z ilością? Można, ale to udaje się nie wielu. Bo w blogowaniu, jak w każdej dziedzinie życia, są lamy, przeciętniacy, ludzie dobrzy, świetni, geniusze. Mój osobisty wniosek: blogerzy powinni nieco spokornieć i wziąć pod uwagę, że jeszcze nie są piątą władzą w Polsce, a to, że ich znaczenie wzrosło niesie też wyższe oczekiwania od odbiory.

Czy blogerzy są źli?

Nie, nie są. Czemu więc czytamy wciąż o tym ile zarabiają, co złego zrobili, kogo obrazili, gdzie wyjechali w ramach jakiejś akcji z marką? Bo ludzie chcą o tym czytać, a media chcą o tym pisać. Mało kto interesuje się tym, co blogerzy robią dobrego. Mało jakie media tradycyjne czy portale pisały o akcji Lekko Stronniczych, Radomskiej, Audiobooku LOKO i masie innych inicjatyw, które blogerzy robią. Zupełnie bezinteresownie i bez nastawienia na autopromocję (bo mają świadomość, że nikt na to nie zwróci uwagi). To działa trochę jak Pudelek. Ludzie wolą poczytać sobie o nowej operacji plastycznej, ciąży, zdradzie, rozwodzie i zakrapianej imprezie, niż o tym, że ktoś oddał krew, przekazał pieniądze na cel charytatywny, adoptował psa, przeprowadził przez jezdnię staruszkę. To jest po prostu niemedialne. Dobro nudzi, nie ma o czym w tym zakresie debatować, nie budzi kontrowersji. Drugi aspekt sprawy: bardzo dużo ludzi, którzy robią coś fajnego, dobrego nie czuje potrzeby obnoszenia się z tym. Ciężko jest samemu pisać o tym, jacy jesteśmy fajni i gwarantuję, że gdy ktoś tak napisał, to nie zyskałby uznania a pogardę.

Czy blogerzy mogą zarabiać?

A czemu nie? Jeśli czytelnikom to nie przeszkadza, lub jeśli im nie przeszkadza to, że czytelnikom to przeszkadza, to czemu nie? Blog to jakaś prywatna własność, prywatna przestrzeń i wolnoć Tomku w swoim domku. Jeśli bloger będzie reklamował zbyt dużo, nieuczciwie (kryptoreklama), nachalnie to spadnie mu czytelnictwo, co za tym idzie odsuną się reklamodawcy. Jeśli się tak nie stanie, to znaczy, że nie ma się o co czepiać. Jest przyzwolenie na takie działanie. Póki bloger nie łamie prawa- niech robi co chce. Pamiętajmy, że rynkiem rządzi tzw. „niewidzialna ręka”. Oznacza to ni mniej ni więcej tyle, że popyt i podaż same się regulują. Sztuczne ingerencje w te prawa są nieskuteczne lub skuteczne na chwilę, a w dalszej perspektywie często szkodliwe. Wniosek: bloger ma za dużo reklam? Nie czytaj. Zazdrościsz blogerowi zarabiania na blogu? Załóż swój blog i też zarabiaj. Nie umiesz pisać? Trudno. Pewnie nie umiesz też suahili, projektować ubrań albo obrabiać diamentów, ale nie powoduje to w Tobie nienawiści. Czemu?

Czy blogerzy są celebrytami?

Zależy jak rozumiemy słowo celebryta. Wg mnie nie są. Ale są często znanymi postaciami w świecie co najmniej dużo użytkujących internet ludzi. I z tym też należy się pogodzić. Zawsze jest tak, że w jakichś grupach są liderzy. W szkole są tzw. „przywódcy”, w zespołach muzycznych są frontmeni, w kinie są ikony,  na forach są aktywni komentatorzy.  W każdej grupie ludzi zawsze znajdują się osoby charyzmatyczne, które przyciągają do siebie innych, którzy budzą sympatię lub antypatię. Antypatia wynika z tego, że lider nie jest dla nas autorytetem. Mamy wtedy dwie opcje- nie słuchać go lub nie słuchać go i samemu być liderem. Niestety charyzmy nie można się nauczyć. Ją się ma lub nie. Brak charyzmy połączony z antypatią do jej posiadacza budzi frustrację.

Co zatem zrobić, jeśli popularność zyskał ktoś, kogo uznajemy za durnia, a my nie mamy charyzmy by ustanowić swój front i zrzucić go z piedestału? Nic. Za popularnością jednostki stoją ludzie. Żadna popularność nie bierze się znikąd. Blogerzy nie kupują czytelników na allegro, nie płacą małym chińczykom za klikanie. Za ich popularnością i pozycją stoją zwykli ludzie- ich czytelnicy. Jeśli Kominka czytają setki tysięcy osób, to widać dla tych setek tysięcy jest on liderem opinii, postacią charyzmatyczną i koniec. I niech pisze, niech go czytają. Ty nie musisz. Wchodząc na jego bloga po to, żeby pohejtować we własnym duchu lub głośno, udostępniając jego teksty, pisząc o nim, budujesz mu statystyki i rozpoznawalność. A przecież nie tego chcesz. Musisz brać pod uwagę, że nawet jeśli Ty go podsumujesz jako durnia i wyślesz do niego swoich znajomych, czytelników, followersów itp. to być może oni uznają, że on jest fajny, a Ty się mylisz.

Gadki w stylu „a kim on jest?”, „a co on ma do powiedzenia?”, „#nikogo”… no nikogo nie obchodzą na dłuższą metę i odczytywane są jak hejt i gorzkie żale frustrata. Nikt nie wymaga znajomości wszystkich postaci internetu, nikt nie wymaga lubienia ich czy popieranie ich poglądów, ale takie publiczne okazywanie sztucznego „wdupiemienia” jest po prostu słabe i infantylne.

Czemu pozwalam sobie komentować pewne sprawy w internecie?

Po pierwsze: bo mogę. Co oczywiście nie znaczy, że CHCĘ komentować wszystko. Chcę komentować to, na czym się znam i to, co mogę komentować z punktu widzenia własnej moralności. Nie będę komentować spraw politycznych, technologicznych czy związanych ze skokami narciarskimi, bo się na tym nie znam i nawet nie koniecznie mnie to interesuje. Sprawy moralne? Owszem, śliski temat, ale mam prawo się wypowiadać, bo moralność jakąś mam. Mogę powiedzieć, że mierzi mnie gwałt, że dopuszczam aborcję. Mam prawo do wyrażenia tych opinii jak każdy, bo to kwestie własnych odczuć, własnego pojęcia słowa „etyka”.

Daje sobie prawo do komentowania blogosfery, internetu, reklamy i ogólnie pojętego marketingu, bo się na tym znam. Czemu? Bo jestem wykształcona w tym kierunku, bo pracuję w zawodzie, bo mam doświadczenie i wiedzę ponad przeciętną (nie, nie wybitną, większą niż przeciętny obywatel). Wiem więcej na ten temat niż 22-letnia studentka filologii angielskiej, pasjonatka jazdy konnej, czy 40-letni lekarz, pasjonat jogi i tai chi. Nie jestem domorosłą ekspertką od blogerów, bo pracuję z nimi i obserwuję ich środowisko od 4 lat. Co więcej sama do tego środowiska od roku należę. Nie zarabiam na blogu, praca wymaga ode mnie bardzo trzeźwego spojrzenia na blogosferę, mam merytoryczne przygotowanie do zabierania głosu w tematach związanych z marketingiem. Daje więc sobie do tego prawo. Co nie znaczy, że uważam, że nie mogę się mylić. Jeśli ktoś wytknie mi merytoryczny błąd, chętnie posypię głowę popiołem. Jeśli natomiast ktoś ma ochotę sobie pohejterzyć, bo nie rozumie co mówię lub nie wie jak mi odpalić, ale ma ogromną ochotę kopnąć mnie w kostkę, to … heh. Sorry. Chcę siedzieć w piaskownicy z ludźmi rozsądnymi.

I co z tego wynika?

Że miło by było, gdybym nie trafiała do jednego worka z blogerami określanymi jako „samozwańczy eksperci”, „nadęte dupki skoncentrowane na zarabianiu”, „zadufani w sobie pseudocelebryci”. Jednakże najbardziej mi zależy na tym pierwszym, bo cała reszta i tak w dużej mierze zależy od mojego „wiem jaka jestem i robię co mi serce i rozum podpowiadają”. Każdy tekst, który piszę na poważne sprawy poparty jest wiedzą. Czy to wyuczoną na studiach, czy też wziętą z literatury fachowej. Jeśli wypowiadam się w jakimś temacie, to nie dla lansu, dla chęci zwrócenia na siebie uwagę tylko z potrzeby wyrażenia własnej opinii, która poparta jest wiedzą jakiej nie ma ktoś, z kim zaczynam dyskusję. Nie ważne, czy chodzi o polemikę z niefachowym artykułem, skrytykowanie nielogicznych argumentów Ewy Lalik, czy powiedzenie komuś, że to nie prawda, że ulubionym posiłkiem Opydo jest pizza, tylko placek po cygańsku. Z tych samych powodów piszę bloga- chcę się dzielić swoimi przemyśleniami. Jeśli ktoś jest ich ciekaw, niech czyta. Jeśli dla kogoś jestem nikim i ma mnie w dupie- proszę bardzo. Nie musi mnie o tym informować, bo po co? Chyba, że ma jakieś racjonalne argumenty („kiepsko piszesz” z ust 17-latka uczącego się w zawodówce na blacharza-lakiernika to nie jest racjonalny argument. Chyba, że ma na koncie nagrodę literacką, bardziej prestiżową niż szkolna, na poziomie okręgowym).

Czemu piszę o tych „poważnych sprawach” na blogu? Bo chcę, żeby skłaniał czytelnika do przemyśleń. Tekst o Lalik nie miał misji wyzwania jej od najgorszych (chociaż jej wypowiedź była tak naszpikowany bełkotem, że sarkastyczny ton sam mi się w nim stworzył). Jego celem było pokazanie czytelnikowi, że nie wystarczy mieć kontrowersyjną opinię, nie wystarczy odwaga by powiedzieć coś głośno. Trzeba mieć jeszcze argumenty, które tą opinię uzasadnią. Napisanie populistycznego tekstu, który pozornie wygląda mądrze i przyciąga uwagę tych, którzy nie szanują blogerów paroma hejterskimi zdaniami to jeszcze zbyt mało by mieć rację i zyskać szacunek. Nie ważne czy to była Ewa Lalik. Mógłby to być też Kominek, Hatalska, Tomczyk, Kozakiewicz lub Raczek.

Czemu bronię blogosfery?

Po pierwsze: nie bronię. Jak już wspomniałam- oceniam ją chłodno i najbardziej obiektywnie jak mogę. Doceniam jej wagę i zalety, widzę jej problemy. Więc czemu jej nie krytykuję? Bo Rodzice nauczyli mnie, że nie sra się do własnego gniazda, w szczególności zaś przy ludziach. Nie widzę potrzeby wytykania jakiemuś blogerowi publicznie jego błędów czy grzeszków jeśli mogę napisać do niego na priv. Nie widzę potrzeby pisania publicznych manifestów do blogerów ze swoimi tezami na uzdrawianie środowiska, bo mogę z nimi o tym pogadać. Pewne sprawy załatwia się w czterech ścianach własnego domu, a nie na przystanku autobusowym. Przynależność do jakiejś grupy społecznej jest dla mnie równoznaczne z utożsamianiem się z tą grupą i wzajemnym wsparciem. Dla mnie wsparciem nie jest wytknięcie blogerowi jakiejś nieścisłości czy błędu w komentarzu, ale prywatnie. Dla mnie wsparciem nie jest pisanie „zeszliście na psy, proszę nie nazywać mnie blogerem, tylko twórcą kontentu na domenie mojatrawa”, bo jest to śmieszne. Jeśli uznam, że środowisko blogerów stało się żenującym cyrkiem, to przestanę pisać bloga i zacznę pisać mailing lub pamiętnik do szuflady. Pieniactwo nic nie uzdrowi, nie zmieni, nie nawróci. Narzekanie także.

Jeśli ktoś czuję potrzebę krytykowania blogosfery- proszę bardzo. Ale niech robi to merytorycznie, a nie w oparciu o to co wywróżył z fusów, przeczytał na pudelku, usłyszał od znajomego, bądź mu się wydaje. A jeśli już chce koniecznie krytykować w oparciu o powyższe, to niech się nie dziwi, że dostaje łatkę hejtera, szczekacza lub trolla.

Nikt na poważnie nie bierze niepoważnych opinii.

A w ogóle to niech się przeciwnicy blogosfery skrzykną w grupę jakąś i zaczną robić coś, co spowoduje, że będą lepsi od blogerów. Niech wspierają akcje charytatywne, niech nie zarabiają, albo zarabiają w sposób taki, żeby nikt im tego nie zarzucał, niech coś zmienią, może w służbie zdrowia, może na rynku pracy, niech pchną do przodu gospodarkę, niech sprawiają ludziom przyjemność z tego co robią. Ja chętnie popatrzę, przyklasnę, pomogę, a może nawet rzucę blogowanie, bo uznam, że jest lepsza forma dzielenia się swoją wiedzą i energią, lepsza platforma wymiany myśli, fajniejsza grupa ludzi, a przede wszystkim lepsza metoda na to, żeby dzięki swojej pozycji w internecie próbować choć troszkę zmienić świat na lepsze, bo na tym głównie mi zależy.

Tak. To ja.

Tak. To ja.

 

 

Standard