Pop/kultura

Być jak Trawa, czyli lajfstajlowa piątka 2

I znów nazbierało mi się pięć rzeczy, które muszę Wam polecić. Dziś wybitnie kulturalnie, ze sportowym akcentem na koniec.

Trochę tu dziś premier oraz świeżynek i lekko głupio się czuję polecając coś, czego sama jeszcze nie znam. Za to jestem pewna, że z tych, czy innych względów warto rzucić na to okiem. Szczególnie, że ja rzucę :)

1. Sławek Jaskułke i jego „Moments”

Sławek jest moim odkryciem, które od już chyba 2 lat nazywam odkryciem sezonu. Staram się zawsze bywać na jego koncertach, śledzić jego poczynania i oczywiście mu kibicować. Pewnie dlatego tak cieszy mnie, że już za chwilkę ukaże się jego nowa, solowa płyta pt. „Moments”. Jeszcze nie wiadomo kiedy dokładnie, ale w marcu album trafi do sklepów.

Jaskułke to jeden z najlepszych pianistów młodego pokolenia, który stawiał swoje pierwsze kroki u boku jazzmanów takich jak Namysłowski czy Pierończyk. Jego dotychczasowe płyty mocno różnią się między sobą stylistyką oraz charakterem. Każda jest na swój sposób wybitna. Co odróżnia Sławka od Możdżera i sprawia, że polecam akurat jego? Sławek jest doskonałym akompaniatorem. Ma bardzo silną lewą rękę i dzięki temu jego muzyka jest pełna głębokich, niskich dźwięków. Mało tu ozdobników uszytych z wysokich tonów, a dużo soczystego brzmienia. Muzyka jest najczęściej bardzo melodyjna i buduje bogaty krajobraz. Zanim sięgniecie po zapowiadany album „Moments”, który- jak twierdzi muzyk- będzie pełen koloru, prostoty i piękna, zapoznajcie się z płytami „Hong Kong” oraz z albumem „DuoDram” nagranym wspólnie z innym pianistą, Piotrem Wyleżołem. Gwarantuję Wam, że o ile ten pierwszy jest dla ciut bardziej wymagającego słuchacza, to przy drugim odpłyniecie. Jeśli zaś kiedykolwiek będziecie mieli szansę być na koncercie „Chopin na 5 fortepianów” (projekt Jaskułke), to skorzystajcie z tej możliwości za wszelką cenę. Nie na darmo projekt ten miał premierę na EXPO w Szanghaju w 2010 roku.

Na zachętę:

2. „Horse and Power” Pink Freud

Nieco wyższa szkoła jazdy i coś, dla wielbicieli freejazzu. Płyta robi szaloną karierę w Japonii, nie dziwi, bowiem i była mocno inspirowana tym krajem i też kwartet pod wodzą Mazolewskiego odbył w ubiegłym roku bardzo owocną trasę po kraju kwitnącej wiśni. Doskonała forma muzyków, którą czuć było już na poprzedniej płycie „Monster of jazz” nie zawodzi. Wyraźna linia basu, przestrzenne dźwięki trąbki i saksofonu. Jest nostalgia, jak w poniższym „G-spot”, jest też szaleństwo jak w „Pink hot loaded guns” czy utworze tytułowym. Jest też charakterystyczna dla lidera przewrotność w zabawie językiem. Przetłumaczony tytuł albumu to „koń i siła”. Nie brzmi jak japońskie „dzień dobry” ?

3. „Przepis na życie”

Wiem, że większość z Was da się pociąć za amerykańskie seriale i wcale mnie to nie dziwi. Rodzime stacje telewizyjne nie rozpieszczają nas tą formą rozrywki i do mistrzów gatunku bardzo wiele nam brakuje. Jednak raz na jakiś czas zdarza się coś, na co miło spojrzeć. „Przepis na życie” nie dość, że nie jest na licencji i co ciekawe, jego scenariusz popełniła aktorka, to ma świetną obsadę oraz doskonałą ścieżkę dźwiękową. Sama historia jest dość banalna, choć poprowadzona w optymistyczny i ciepły sposób. Niewątpliwie jednak dzięki kreacjom aktorskim (co ciekawe dużo bardziej postaci drugoplanowych) można się nieźle ubawić i słowo „tandeta” jakoś nie ciska się na usta. Mam tylko nadzieję, że lecący od ponad tygodnia 4 sezon będzie ostatnim. Doświadczenie uczy, że czasem lepiej nie ciągnąć nawet najfajniejszych produkcji na siłę.

4. „Wyznaję” Jaume Cabré

Tu mam największy problem, bo ciężko polecać coś, czego się nie czytało i autora, którego się nie zna. Jednakże książka wywołała takie zamieszanie w Europie i zebrała tak dobre recenzje, że chyba nie można się nad nią nie pochylić. Okładka wygląda smakowicie, objętość także (na oko 800 stron). Historia zajawiona na 4 okładce także kusi- chłopiec wychowany pośród książek ma za zadanie zmierzyć się z rodzinnymi tajemnicami oraz złem tego świata. Z pewnością niebawem powiem Wam co o niej sądzę, a na razie polecam waszej uwadze, w myśl zasady, że żeby się o czymś wypowiedzieć trzeba to samemu ogarnąć, a tu mamy chyba do czynienia z nowym must know sezonu (i dobrze, bo ile można żyć powieściami soft porno)

5. Bieganie

Sportowy akcent na koniec. Śniegu już nie ma, oby nie było, pora roku się zmienia, a sezon krótkich spodni i kiecek tuż-tuż, więc należy zadbać o formę. Nawet jeśli o nią dbać nie musicie, to zadbajcie o kondycje, albo po prostu się wyżyjcie. Nawet głupie 4 km, w samotności lub w grupie, z muzyką na uszach lub bez, daje niezłego, energetycznego kopa. Zresztą, o bieganiu powiedziano i napisano już wszystko, ja nie lubię się powtarzać, więc rzeknę tylko: chcesz być jak Trawa? BIEGAJ.

W razie czego jestem tutaj.

Standard