Jak żyć?

Lalka

Wysiadam  przed domem z samochodu. Pachnie skoszoną trawą. Tak samo pachniało kiedy zdawałam maturę.

Jest ciepły, słoneczny 1. września końcówki lat dziewięćdziesiątych. 15-letnia Idusia idzie ze swoją przyjaciółką na rozpoczęcie roku szkolnego do liceum. Wygląda jak pasztet. Cóż, w tym zakresie nic się nie zmieniło. No może teraz przypominam bardziej pasztet sojowy- wygląda tak samo jak zwykły, ale ludzie go bardziej poważają, bo jakiś taki jakby fajniejszy. Na rogu szkolnego ogrodzenia, w palarni, stoją maturzyści. Idusia myśli „ojej, ależ oni są dorośli”. Przez kilka pierwszych dni szkoły będzie ich unikać jak ognia, zmuszona do kontaktu będzie mówić „dzień dobry”. Przecież oni mają skończone 18 lat.

Dzień mojej matury z języka polskiego był upalny. Tak bardzo, że pod czarną spódnicę założyłam samonośne pończochy. Żeby było chłodniej. No i żeby było gdzie schować ściągę. Trzy złożone kartki A4 gniotły mnie tak bardzo w zgrzane uda, że po napisaniu pierwszego akapitu wypracowania poszłam do łazienki żeby podrzeć je na strzępy i spuścić w kiblu. Nie dali Żydów. Nie pamiętam co dali i o czym pisałam.

W pierwszych tygodniach nauki w klasie B, o profilu matematyczno-fizycznym z rozszerzonym angielskim, geografią i autorskim programem przedsiębiorczości, dostałam 6 pał. Nie ogarniałam niemieckiego, nie nadążałam z ilością kartkówek z angielskiego, moja ukochana matematyka okazała się zbyt trudna, fizyka przyprawiała mnie o mdłości. Nie byłam w stanie sobie wyobrazić matury. Rok szkolny jeszcze nie rozpoczął się na dobre, a ja już czułam, że cudem będzie promocja do kolejnej klasy. Matura była czymś, co nie mieściło mi się w głowie.

4 lata później, kompletnie bez grama nerwów, rozwoziłam po wybranych wydziałach gdańskiego uniwersytetu różowe świadectwo, certyfikat z języka niemieckiego i CAE. Na filozofii nie chcieli go uznać, bo „wszyscy składają FCE”. Na psychologii pani przyjmująca papiery powiedziała „ale geografia…?”. Z geografii dostałam na drugiej lekcji dwóję. Z kartkówki z kartografii.

Na maturze nie mogłam znaleźć na mapie Bełchatowa. Nie dlatego, że nie wiedziałam gdzie jest. Mapa była tak duża… Chociaż stałam przed nią setki razy, to nerwy sparaliżowały mnie tak, że nie byłam w stanie podnieść głowy. Ciężko znaleźć Bełchatów na południowych rubieżach Czech. Komisja wyrozumiale podpowiedziała: zrób pięć kroków w tył. Bełchatów odnalazł się od razu, w cudowny sposób.

Na ekonomię złożyłam dokumenty, bo to było po linii klasy robionej w liceum. Ot, taki spontan. Zwolniona CAE z egzaminu językowego poszłam zdawać matematykę. Na pałę, bo matury z tego przedmiotu nie zdawałam. Rozwiązałam co chciałam i poszłam do domu. Dwa dni później okazało się, że się dostałam.

Bogu do dziś dziękuję, że trudne początki w liceum z królową nauk nie zniechęciły mnie do niej ostatecznie. Tylko dzięki temu, przed ostatnim Sylwestrem byłam w stanie dyskutować z pewnym, podrywającym mnie wówczas, doktorantem fizyki kwantowej o układzie SI i granicach funkcji. Z rozbrajającą szczerością przyznałam za to, że fizyki nie rozumiem kompletnie, zapytałam o co chodzi z tymi kwantami, a na hasło „teoria strun” stwierdziłam z dużą dozą sarkazmu w głosie, że pieprzy farmazony o jakiś wielowymiarowych tworach, których nikt nawet nie jest w stanie sobie wyobrazić, narysować, a co dopiero policzyć i cała ta jego dziedzina jest jednym wielkim bełkotem, który być może nie ma jakiegokolwiek uzasadnienia. Po czym stwierdziłam, że zanim jakaś teoria zostanie dopuszczona do użytku, to poza dowodem matematycznym, należałoby jeszcze udowodnić ją empirycznie. Przyznał rację. Nasze rozważania trwały 7 godzin, a na mojej lodówce wisi do dziś kawiarniana serwetka z różnymi wzorami, na której w kółko zaznaczony jest napis „układ SIdy”. Jego hołd dla mojej głupoty, tak coś czuję, mimo wszystko.

Jest 3 klasa liceum. Sprawy przybierają poważny obrót. Zbliża się koniec roku, a ja jestem zagrożona z fizyki. Zmieniam ławkę i siadam z kolegą który planuje ten przedmiot Belzebuba zdawać na maturze. Lubi mnie, więc sprawdziany rozwiązuje następująco: najpierw swój, potem, na brudnopisie którego się nie oddawało, moje zadania, które to- zupełnym przypadkiem- leżą między mną a nim. Z ostatniego testu przed końcem roku dostaję 5. Pytam nauczycielkę czy mogę sobie ten sprawdzian wziąć do domu. Na pytanie „po co?” odpowiadam, że powieszę na ścianie. Na maturalnym świadectwie mam z fizyki dobry. Dzięki, Paweł.

Egzamin ustny z polskiego. Upał bez zmian. Ciasny korytarz przed salą egzaminacyjną. Dobrze, że jestem jedną z ostatnich, nie ma tłumu, jest czym oddychać. Wchodzę, uśmiecham się, wyciągam karteczkę z pytaniami, zabieram ją do stolika i rozpoczynam przygotowanie odpowiedzi. Rozkładam karteluch. Mam stan przedzawałowy.

3 miesiące wcześniej nauczycielka języka ojczystego robi nam „próbny ustny”. Losowaliśmy pytania z ustnych z lat poprzednich i w ławkach, w cichości ducha, z kolegami omawialiśmy. Na własną rękę.

Trzeba być typową Idą, żeby na maturze wyciągnąć ten sam zestaw. 3 pytania. Dwa banalne, jedno kretyńskie do kwadratu. „Ironia i autoironia w epoce romantyzmu”. Na miłość Justina Biebera! Gdzie w romantyzmie ironia?! Cóż. Matura z polskiego zdana na 4. Dziś piszę bloga którego czyta znana, zła Pani z TV.

Skoro dostałam się na ekonomię to nie pofatygowałam się nawet na egzamin na filozofię i psychologię. Czułam się zbyt zmęczona maturą. Idąc na rozpoczęcie roku akademickiego wiedziałam, że pisaniem pracy magisterskiej i jej obroną nie muszę się stresować. Zaczynając coś, finał wydaje się być Goliatem. W godzinę X strzelamy mu w czoło i tyle. Strach ma wielkie oczy.

5 lat później odbieram dyplom magistra nauk ekonomicznych ze specjalizacją marketing. Ocena na dyplomie: 4,5. Cholerne pały z kilku przedmiotów, nawet te poprawiane na 5, zaniżyły mi średnią. Do dziś nie wiem o czym jest ekonometria. Pracuję w zawodzie.

Nie ma we mnie nic wyjątkowego. Może poza byciem w układzie SIdy. Dasz radę. Ze wszystkim. Strach ma wielkie oczy.

W jednym oknie mam otwarty edytor tego tekstu. W drugim dokument pt. „doktorat- konspekt pracy”.

Do dziś nie przeczytałam Lalki.

Komentarze? [KLIK]

Standard