Na szaro

Każdy kiedyś witał się z depresją

Tak naprawdę chyba każde z Was wie jak objawia się depresja, bo każdy przerabiał przynajmniej raz sytuację, w której czuł jej symptomy. Dla jednych była to śmierć kogoś bliskiego, dla innych jesień, dla jeszcze innych jakieś przykre wydarzenie które odcisnęło się mocno na samopoczuciu. Jak więc odróżnić depresję od przejściowego kryzysu? Kiedy należy udać się do lekarza?

Trochę teorii

Po pierwsze: są różne depresje. Wg klasyfikacji ICD-10 wyróżnia się następujące zaburzenia: F32, czyli epizod depresyjny i F33, czyli zaburzenia depresyjne nawracające (najogólniej mówiąc depresja łagodna i silna). Dodatkowo wyróżnia się jeszcze depresję przewlekłą, tzw. dystymię (F34.1) oraz depresję poschizofreniczną (F20.4). Jako, że dwa ostatnie typy występują stosunkowo rzadko (choć dystymia jest ciekawą chorobą, o której jeszcze kiedyś wspomnę), zajmijmy się tym, co najpopularniejsze.

Epizod depresyjny to coś, co trwa relatywnie krótko (krócej niż dwa lata) i pojawia się gwałtownie. Depresja nawracająca to coś, co ma tendencje do nawracania. W jej przypadku wyróżnia się dwa typy: depresję endogenną i egzogenną. Ta pierwsza bierze się znikąd. Po prostu przychodzi, jest i jest dużo silniejsza i trudniejsza niż ta druga, która jest wynikiem stresującego zdarzenia (np. traumatyczne wydarzenie).

Objawy

Do rzeczy. Jakie są objawy depresji? Podam Wam kryteria diagnostyczne wg DSM-IV, przy trudniejszych objaśnię w nawiasie kursywą o co chodzi:

  • obniżenie nastroju lub drażliwość i nieadekwatne do sytuacji reakcje, które występują codziennie, przez większą część dnia (np. reagowanie płaczem na każde wydarzenie, które odbieramy negatywnie- bo zapomnieliśmy kupić mleka, bo jest zimno itd.);
  • brak zainteresowania czynnościami życiowymi i niemożność czerpania z ich wykonywania przyjemności (np. niechęć do pójścia na kawę z przyjaciółmi lub pójście z przymusu i męczenie się);
  • spadek lub wzrost masy ciała (min. 5% przez miesiąc) lub obserwowany codziennie wzrost lub spadek apetytu;
  • przewlekła senność lub bezsenność;
  • spowolnienie lub podniecenie ruchowe (wykonywanie wszystkiego bardzo powoli lub w bardzo nerwowy i szybki sposób);
  • uczucie zmęczenia;
  • uczucie nieuzasadnionej winy, obniżone poczucie własnej wartości (jestem tak bardzo do dupy);
  • zaburzenia uwagi, koncentracji, niemożność podjęcia decyzji, obniżenie sprawności myślenia (nie mogę czytać, ciężko mi się konstruktywnie mówi, nie mogę się na nic zdecydować);
  • nawracające myśli o śmierci, myśli samobójcze realizowane lub nie (po co mam żyć skoro i tak umrę, w sumie moje życie nie ma sensu, to może lepiej umrzeć już teraz, po co się męczyć?).

Kiedy do specjalisty?

Kiedy przynajmniej 5 objawów z powyższej listy utrzymuje się przez co najmniej 2 tygodnie. Z decyzją o podjęciu leczenia wstrzymujemy się tylko i wyłącznie jeśli depresja jest wynikiem żałoby (ta rządzi się swoimi prawami- depresja może trwać dużo dłużej i jeśli nie występują myśli samobójcze możemy dać sobie więcej czasu na przepracowanie tematu) oraz jeśli leczymy chorobę somatyczną (tzn. ciała), której objawy mają odbicie w psychice (np. choroby tarczycy) lub leki stosowane w leczeniu mogą wywoływać objawy depresji.

Jak było ze mną?

Jak już wspominałam w poprzednim tekście, cierpię na depresję endogenną w wersji pełnoobjawowej- oznacza to, że do lekarza trafiłam spełniając wszystkie wymienione wyżej kryteria diagnostyczne: płakałam z byle powodu, nie chciałam wychodzić z domu, spotykać się z ludźmi, nic mnie nie cieszyło, przestałam jeść i spać, byłam permanentnie zmęczona i wolny czas spędzałam w łóżku patrząc w sufit lub oglądając ciągle ten sam film, bo nie mogłam się skupić na niczym nowym, a tym bardziej na czytaniu, miałam poczucie tego, że nic w życiu nie osiągnęłam i już nie osiągnę i tak naprawdę czekam tylko na śmierć, której sama nie zapraszam, bo nie mam siły. Objawy depresji ciągnęły się u mnie miesiącami i jestem pewna, że gdybym zareagowała dużo szybciej i do lekarza wybrała się np. rok wcześniej, to leczenie przebiegałoby dużo sprawniej, łagodniej, kosztowałoby mnie i moich bliskich dużo mniej nerwów i bólu.

Niech najlepszym motywatorem do pójścia po pomoc gdy tylko coś Was zaniepokoi będzie fakt, że do lekarza trafiłam ledwo trzymając się na nogach (brak snu i jedzenia) i będąc na granicy niedowagi, a z zaburzeniem odżywiania walczę (na szczęście już w małym stopniu) do teraz.

Komentarze? [klik]

Standard