Społeczeństwo

Jeśli masz milczeć, milcz mądrze.

Jestem dzieckiem politycznego przełomu. Kiedy upadała komuna miałam 5 lat. To zbyt mało by móc rozprawiać z lekkością o wydarzeniach ’89, ale wystarczająco dużo by pamiętać (choć jak przez mgłę) wojnę w Jugosławii, banknoty o nominale tysiąc złotych, pustki w sklepach i to, że w przedszkolu dawali nam przy wyjściu batoniki Milka Lila Pause które przybywały do Polski nie wiadomo skąd, bo nie można było ich nigdzie kupić.

Za tydzień są wybory prezydenckie. Przeraża mnie to, że w dzisiejszym mainstreamie nie ma prawdziwej polityki. Kandydatów oceniamy przez pryzmat sukienek, mowy a’la syntezator IVONA, zdjęcia przy upolowanym jeleniu, głupich wypowiedzi w telewizyjnych szoł, czy spotkań z młodzieżą i fotografii z cosplayowymi laskami. Do mainstreamu nie docierają programy wyborcze. Mainstream nie dyskutuje o polityce. Mainstream zajmuje się politycznym plotkarstwem i celebryctwem.

Pamiętam wybory 4. czerwca 1989r. A bardziej pamiętam atmosferę, która wokół nich panowała. W windzie gdańskiego bloku w którym mieszkaliśmy wisiała wielka płachta z logiem Solidarności na której drobnym maczkiem wypisany był chyba program wyborczy. W sklepach walały się ulotki z instrukcją obsługi wyborów, z rąk do rąk przekazywano sobie nowość- Gazetę Wyborczą, a ja zachwycałam się piękną Nastassją Kinski, która popierała (ramię w ramię z Jane Fondą) Komitet Obywatelski „S”.

To, co się wtedy działo było tak ważne, że udzielało się nawet pięciolatce. Myślicie, że dlatego, że to Gdańsk? Miasto gdzie się zaczęło? Że moi Rodzice byli zaangażowani politycznie? Nie. Ani nikt z moich bliskich nie walczył na barykadach stoczni ani nikt nie był partyjny. Rodzice zawsze traktowali politykę z dużą dozą ostrożności i sceptycyzmu. Nie popadali w ochy i achy i od zawsze powtarzali, że nie ma ustroju idealnego. To był po prostu ważny moment dla kraju. Pierwsze „wolne” wybory od czasów przedwojennych. Szansa by Polska odzyskała prawdziwą wolność.

Myślicie, że wtedy polityka nie bywała zabawna? Że gdyby dziś nie startowali w wyborach kandydaci z których nic, tylko szydzić, to traktowalibyśmy temat poważniej? Bzdura.

Gdy miałam 6 lat powstała Polska Partia Przyjaciół Piwa. Tak, serio. Była to satyryczna partia pod wodzą m.in. Janusza Rewińskiego. Dostała się nawet do Sejmu głosząc w programie, że będzie walczyć z alkoholizmem w Polsce namawiając do podniesienia kultury spożywania i zrezygnowania z zalewania się gorzałą na rzecz kulturalnego picia piwa na modłę brytyjskich pubów.  Z ciekawostek dodam jeszcze, że należał do niej polski Benjamin Button, Krzysiu Ibisz… Chociaż ciężko odmówić Rewińskiemu i jego kolegom rozumu, to myślę, że nie obrażą się jeśli napiszę, że z perspektywy czasu stanowili swego rodzaju polityczne kuriozum. Które mimo wszystko udowadniało, że faktycznie w Polsce zapanowała wolność, wolność polegająca także na tym, by tworzyć partie polityczne, walczyć o poparcie, zasiadać w Sejmie i toczyć bój o ważne dla konkretnych grup społecznych idee.

Powiecie, że dzisiejsza polityka to kabaret. Cóż, taki kabaret poniekąd robią z niej media, w tym Internet. A raczej my sami. Pewnie, że wciąż można poczytać mądre artykuły o krajowej polityce, posłuchać w radio analiz ekspertów, obejrzeć w TV obrady sejmu. Cóż z tego, jeśli to, co zapada nam w pamięć to kiecki Ogórek, bzdury plecione przez Kukiza czy Korwina-Mikke, anglojęzyczne potknięcia Tuska czy wtopy słowne Muchy dotyczące sportu.

Kiedyś tego nie było? Było. Jak dziś pamiętam „Polskie Zoo”. Co tydzień, po dzienniku. Ważniejsze od wieczorynki. Dla dorosłych intelektualny ubaw, dla dziecka wizualna radocha. Politycy krajowi i zagraniczni zastąpieni teatralnymi kukiełkami zwierząt. Satyryczne spojrzenie na bieżące sprawy redagowane przez Wolskiego, Kryszaka i Zaorskiego. Zwierzaki miały dodane do wyglądu cechy mimiczne oraz akcesoria dzięki którym nie trudno było nie powiązać ich pyszczków z twarzami polityków. Nawet dla siedmioletniego dziecka było to proste. Jak z rękawa sypałam wtedy nazwiskami podczas oglądania. Wałęsa-lew, Suchocka- lama, Mazowiecki- żółw, Kuroń- hipopotam, Jelcyn- niedźwiedź, Miller- pająk, Kohl- mors… Śmiech dorosłych był dobrą okazją do pytań, a pojawiające się postaci których nie można było powiązać z nikim znanym- do poznawania kolejnych bohaterów politycznej areny.

To wszystko było ważne. Nawet ten żartobliwy balans który fundowali satyrycy i media nie powodował zatracenia uczucia, że polityka jest czymś istotnym. Czymś więcej niż plotki, blichtr, drogie garnitury i gładkie gadki o niczym.

Może wtedy było o co walczyć? Po latach wojen i komunistycznego reżimu wybory, partie, sejm i senat to było być albo nie być każdego Polaka. To była walka nie tylko o to, by w sklepach pojawiło się coś więcej niż ocet czy niedojrzałe grejfruty z braterskiej Kuby. To były marzenia o wolnej prasie, o kulturze zza żelaznej kurtyny, o byciu biznesmenem, o podróżach, o byciu równorzędną częścią reszty świata. Może dziś nie mamy za bardzo o co wojować?

Może gdybyśmy nie mieli paszportów w szufladach, samochodów dostępnych od ręki i dylematów z cyklu „jaki chleb dziś kupić?” to nie sprowadzalibyśmy świata polityki do jęknięć i westchnięć „co z tą Polską”, do plotek czy szydery. Może ważne by było co będzie dalej i czy dalej będzie lepiej czy przypadkiem historia nie zatoczy koła.

Wiecie co robić.

Walczyć możemy o wiele: o tańsze książki, o sensowną służbę zdrowia, o mądrzejsze prawo podatkowe i mniej sieczki w mediach.

Tylko nie pozwólmy sobie na to żebyśmy musieli znów walczyć o wolność.

P.S. Jeśli uznacie, że nikt nie spełnia waszych oczekiwań to nie głosujcie.

Ostatecznie tamtego słonecznego, ostatniego czerwca lat osiemdziesiątych nasi rodacy wywalczyli dla nas prawo wolności wyboru, prawo wpływu na życie kraju, prawo głosu. Co za tym idzie- także prawo milczenia.

Tylko milczmy mądrze. Jak świadomi i światli obywatele.

A może czas powalczyć o to, by takie milczenie oznaczało, że partie ze świecznika powinny ze sceny zejść pokonane?

Linka do komentarzy celowo brak.

 

 

Standard