Społeczeństwo

Je suis…

#JeSuisCharlie okazało się być najpopularniejszym hasztagiem w historii Twittera, a mimo, że od tragicznych wydarzeń w redakcji Charlie Hebdo upłynęło już kilka dni atmosfera dalej jest gorąca.

Na pierwszy rzut oka sprawa wydaje się prosta. Żyjemy w wolnym świecie, Francja jest republiką która korzysta z demokracji. Jednym z jej przywilejów jest wolność słowa.

Dla części ludzi na terminie „wolność słowa” kończy się dyskusja. Redakcja satyrycznego tygodnika miała prawo opublikować na swoich łamach cokolwiek i nikt nie powinien z tego tytułu tracić życia. Dla innych problem jest dużo bardziej złożony, bo typ satyry rzeczonego periodyku jest bardzo, baaardzo ostry i  bezkompromisowy- żarty o podłożu politycznym, religijnym i społecznym, wyszydzające wszystko i wszystkich, nie dając taryfy ulgowej nawet Francji, a zbrodnia w redakcji zakrawała o terroryzm a nie ekstremizm wyznaniowy.

Jedno jest pewne: śmierć nie jest karą odpowiednią dla przewinienia jakim jest- nawet niesmaczny- żart. Pewne jest również to, że ekstremiści, którzy dokonali zbrodni powołując się na obronę swego boga byli bardzo zaślepieni rządzą krwi, skoro przy okazji zabili policjanta wyznania muzułmańskiego, który stał po drugiej stronie barykady wykonując swoją pracę- zapewniając redaktorom Charlie Hebdo wolność słowa i wyrażania poglądów…

Czyli jednak można być muzułmaninem, żyć w kraju katolickim i europejskim, respektować reguły w nim obowiązujące, pracować, a nawet pracować w służbie innowierców?

Ano właśnie. Można. Nie zależnie od religii, politycznych poglądów, orientacji seksualnej itd. można być fanatykiem bądź osobą, która „żyje i pozwala żyć innym”. Tylko że ortodoksyjny islam, sam w sobie, może być religią bardzo skrajną, mało wyrozumiałą dla innowierców i mało tolerancyjną. Stąd islamscy ekstremiści są w działaniu dużo niebezpieczniejsi niż „bojówki Ojca Dyrektora”. Czemu piszę „może być”? Bo islam jest niejednoznaczny w interpretacji. Koran, na którym się opiera, jest utworem literackim który może być interpretowany na wiele sposobów, zresztą zupełnie tak jak Biblia. Patrząc na samą kwestię dżihadu, czyli tzw. świętej wojny- jedni zinterpretują go jako walkę zbrojną i nawoływanie do zabijania wyznawców innych religii, inni zrozumieją, że walczyć mają sami ze sobą, ze swoimi słabościami.

W czym więc problem? Głównie w uwarunkowaniach kulturowych. Kraje muzułmańskie to nie tylko islam. To szereg spraw związanych z kulturą, która ukształtowała się w tych regionach świata przez wieki. Kultura jest kształtowana przez religię, obie wpływają na politykę, a pod jej hasłem mieści się także słowo „społeczeństwo”. Warunkiem koegzystecji różnych religii na świecie jest tolerancja. Całkowita tolerancja. I poszanowanie różnic. Ale to też nie jest takie proste.

Patrząc na wydarzenia z Paryża oraz zagłębiając się w problem jako taki, można śmiało wnioskować, że nie na darmo jest podział terytorialny świata, nie na darmo istnieje pojęcie „mniejszość religijna” w kontekście danego kraju i forsowanie nadmiernej otwartości powoduje więcej problemów niż nam się wydaje. Oczywiście- migracja jest pojęciem które istniało, istnieje i istnieć będzie i dobrze, bo przepływ ludności jest zdrowy dla populacji, doskonały dla nauki i kultury oraz ekonomii. Jednak należy trzymać się pewnej zasady: jeśli wkraczasz na nieswoje terytorium, to graj zgodnie z jego zasadami. Będąc muzułmaninem w Polsce uszanuj świąteczne zamieszanie w centrach handlowych oraz to, że tu kobieta może chodzić po ulicy w szortach. Będąc katolikiem przebywającym w Palestynie nie noś szortów i nie kpij z tych, co padają na kolana twarzą na wschód i się modlą.

Nasuwa się prosty wniosek- w przypadku Charlie Hebdo pogwałcono śmiertelnie europejską wolność słowa. Ekstremizm stanął na równi z terroryzmem. To wszystko jest przerażające. Ale problem leży dużo głębiej- czy aby na pewno islam jest jeszcze we Francji mniejszością wyznaniową, która powinna się dostosowywać do większości? Bo może europejskie zasady gościnności i otwartości dla wszystkich eskalowały tak, że mniejszości uznały się większościami, które mają prawo czuć się silne i władne tworzenia własnych zasad. Stąd już blisko do kolonizacji, a ta- jak pokazują doświadczenia europejczyków i chrześcijan nie oznacza niczego dobrego.

Komentarze? TU.

Standard