Jak żyć?

Gdzie zaczyna się życie?

Jeśli jesteś wojownikiem, twardzielem, wojowniczką, twardzielką, możesz dalej nie czytać. Jeśli zaś zdarza Ci się wątpić, to zapnij pasy.

Widzieliście kiedyś w internetach taki rysunek ?

Life begins at the end of your comfort zone

Life begins at the end of your comfort zone

Wszyscy żyjemy w jakiś ustalony przez nas sposób. Maksymalnie i możliwie dla nas wygodny. Nie lubimy się wysilać i przemęczać. Staramy się wykonywać swoje obowiązki na poziomie minimum. Energię wkładamy w to, co sprawia nam radość. Czasem łapiemy się na tym, że nasze życie mogłoby być pełniejsze. Łapiemy się na tym, że moglibyśmy mieć więcej, gdybyśmy tylko o to „więcej” powalczyli.

A my lubimy się poddawać. Lubimy odpuszczać i się rozgrzeszać. Lubimy zrzucać winę na czynniki zewnętrzne.

I nie myślimy o tym, że kiedyś możemy tego bardzo żałować.

Pewnie każdemu z Was zdarzyło się kiedyś zrobić coś poza swoją „strefą komfortu”. Z własnej inicjatywy czy z przymusu. Pamiętacie co wtedy czuliście? Pamiętacie radość, która towarzyszyła Wam wtedy, gdy pokonywaliście strach, zmęczenie, lenistwo, niechęć, nadwagę, chorobę, niemoc?

Ja pamiętam. Pamiętam uczucia, które towarzyszyły mi zdobyciu Rysów (chociaż nie lubię łazić po górach), przebiegnięciu po raz pierwszy więcej niż 5 km (chociaż nigdy nie lubiłam biegać), zrobieniu certyfikatu z Niemieckiego (chociaż nie lubię tego języka jak mało czego), wybaczenia komuś jakiejś przykrości (chociaż wydawało się, że nie ma już mowy o zgodzie).

To tylko kilka drobnych przykładów. Ale pamiętam, że każde wyjście poza własny, bezpieczny i znany świat to faktycznie magia. Nawet jeśli nie ma jednorożców, tańczących gwiazd, magicznego pyłu, motyli, elfów i latającego dywanu, to jest zawsze duma i zadowolenie. Przekraczanie granic cieszy. A walka daje nam uczucie, że zrobiliśmy wszystko co mogliśmy.

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, czy aby przypadkiem nie ma nic gorszego niż umierać z poczuciem tego, że czegoś w życiu nie zrobiliśmy, a mogliśmy? Z poczuciem jakiejś zmarnowanej szansy? Z poczuciem tego, że można było spróbować, a tego nie zrobiliśmy, bo woleliśmy siedzieć w swoim miękkim i ciepłym kokonie.

Niczego z rzeczy materialnych nie zabierzemy ze sobą na „tamten świat”. O ile istnieje jakowyś.

Żyjemy dla kilku sekund tuż przed śmiercią, gdy życie przysłowiowo „przelatuje nam przed oczami” i ostatnim tchnieniem wydajemy sobie sami jego recenzję.

Oby nie brzmiała ona: „Spieprzyłem. Mogło być lepiej.”

Komentarz? Tu.

Standard