Pop/kultura

Filirolożankowanie

Rok 2014 rozpoczął się- przyznam- dość wybuchowo dla fanów poczynań rodzimych artystów. Najpierw było o porcelanie, teraz jest o Bóg wie czym. O czym mowa?

Myślę, że 90% czytelników już domyśla się, że piję (nomen omen) do utworu „Filiżanka” Michała Wiśniewskiego oraz do „Rolowania” Nataszy Urbańskiej. Jeśli jednak ktoś nie wie o czym mówię, niech poszuka tych kawałków w zasobach YouTube’a.

Internet ożył wyrwany z sennego, świątecznego letargu. Najpierw pastwiliśmy się nad Wiśniewskim i przaśną piosenką- peanem na cześć porannej kawki pitej z tytułowej filiżanki, peanem pełnym niemalże homeryckich porównań. Teraz pastwimy się nad Nataszą, która wije się jak wąż liżąc umywalkę i wypluwa z siebie lirykę, której w 80% nie da się zrozumieć (nie, nie chodzi o zrozumienie treści, ale o zrozumienie tego, co śpiewa, wysłuchanie tego)… A społeczeństwo nie rozumie czemu tak się błaźnią…

Przyjdę Wam z pomocą. Na pierwszy ogień weźmy Pana Michała.

Ten, kto spodziewał się po nim czegoś muzycznie dobrego, musi być naiwny jak dziecko. Wokalista przyzwyczajał nas przez całe lata do prostych rytmów, prostych (żeby nie powiedzieć prostackich) melodii i głupawych tekstów („sępie miłości”). Stał się symbolem muzycznej jarmarczności do tego stopnia, że  „wstań, powiedz nie jesteś sam” trafiło nawet do pozytywek zniczy cmentarnych, bawiąc, tumaniąc, przestraszając. Dodatkowo Wiśniewski nauczył nas również na nowo pojęcia celebryta. Nikt inny a on był prekursorem wpuszczania mediów do swojego domu, sypialni i kibla stając się bohaterem żenującego reality show w czasach gdy związany był z Mandaryną. On również pokazał innym gwiazdom i gwiazdeczkom jak stworzyć wizerunek kontrowersyjny, niesztampowy (czerwone włosy, kolczyki, ćwieki, lateks). Jego wizerunek widnieje też na sztandarze ludzi, którym polskie imiona się nie podobają i z balkonu wolą wołać do domu z podwórka Fabienne, Vivienne, Etiennette i Xaviera (Etiennette Wiśniewska- czek dys ałt). Dodajmy do tego 3 zakończone małżeństwa, których finały rozgrywały się na łamach pudelka i facebookowych tablicach bohaterów.

Wreszcie nastąpił przełom. Czwarta żona. Pierwszy raz nie związana z estradą. Córka trenera skoczków- Tajnera. Opowieści na łamach kolorowych pism o tym, że teraz będzie wszystko inaczej. No i długo na to „inaczej” czekać nie musieliśmy. Najpierw nastąpiła metamorfoza Michała. Zniknęły czerwone pióra i tona metalu w twarzy. Michał stał się ciemnowłosym mężczyzną o nie drapieżnym lecz nostalgicznym wyglądzie. Złagodniał. Porzucił skórzane spodnie na rzecz ciepłych swetrów. Przestał skandalizować.

Jaką więc powinna być pierwsza piosenka w nowym wcieleniu? Nie może być przecież buntowniczym songiem o szalonej miłości, nie może być o sępach miłości (przecież jest teraz szczęśliwy), nie może być kontrowersyjna. Musi być o czymś przyjemnym. O czymś, co kojarzy się z drobną radością, uśmiechem i odrobiną luksusu w szarym życiu przeciętnego Polaka. Musi być lekka w warstwie muzycznej, łatwa w całościowym odbiorze, ale tekst musi być nieco finezyjny. Dość już piosenek o zbyt jasnym przekazie ubranym w ponure szaty („chodź pokażę ci czym moja miłość jest dla ciebie zabiję się”). Czas na szczęście, promienie słońca i finezyjną zabawę słowem. No więc mamy dzieło, w którym podmiot liryczny porównuje picie kawy z porcelanowej filiżanki do kontaktu z kobietą. Kawa w naczyniu jest cała w bieli, pieści podmiot liryczny pocałunkami, drzemie w niej diabeł, choć z pozoru wygląda tak niewinnie. W refrenie podmiot liryczny wyraża obawę, iż bez dziennej dawki kofeiny jego dzień straciłby smak (co jest sprytnym odwołaniem się do walorów smakowych napoju), a sytuacja ta odbiła by się na nim w takim stopniu, że nie umiałby wyczuć w muzyce rytmu oraz dostrzec w kwiatach uroku… Najbardziej niepokojącym jest wers brzmiący „wie dokładnie gdzie jej miejsce”. Bo mimo opisu filiżanki spasowanej ze spodeczkiem tak dobrze, że odstawienie jej na stolik można wykonać z zamkniętymi oczami, pachnie mi tu wyznawcą żartu „co robi kobieta w przedpokoju? ma za długi łańcuch”. Nieładnie, Michale.

Do tego wszystkiego mamy czytelny obraz: Wiśniewski w willi zasiada przy suto zastawionym stole, moczy dzioba w filiżance kawy. Żeby widz się nie znudził przenosi się później do parku i kuchni. W tzw. międzyczasie możemy pooglądać baletnicę w białej paczce (jak rozumiem nawiązanie do kruchej, białej porcelany) oraz senną kobietę układaną w łóżku przez ukochanego (tego akurat nie rozumiem, wszak kawa kojarzy mi się z pobudzeniem, a nie snem). Jak na dobry obraz przystało, pozostawieni jesteśmy na końcu z pytaniem. Bo ciężko zrozumieć sens ostatnich scen, w których to młode dziewczę siedzi na ławce w parku ze starszym panem. Ani to o kawie, ani o gender…

Biorąc pod uwagę powyższe- czego nie rozumiecie i co Was zaskoczyło? Bo mnie nic. Ani Wiśniewski nie miał nigdy dobrych tekstów ani dobrych klipów ani odkrywczej muzy. Piosenka pasuje do jego nowego wizerunku, do jego poziomu umysłowego. Świetnie sprawdzi się na weselach jako podkład pod pierwszy taniec i zastąpi „a wszystko to, bo ciebie kocham” śpiewane pod koniec wesela przez złojonych wujków Wieśków.

Inny zabieg wykonała Natasza Urbańska. Jedna z bardziej konsekwentnych, upartych i ambitnych wokalistek nowoczesnej Polski. Karierę zaczęła bardzo młodo- w Buffo. Zakochała się w swoim mistrzu, szczęśliwie stanęła u jego boku. I żyją sobie od dawna mniej lub bardziej szczęśliwie. On- mistrz, człowiek spełniony. Ona- jego muza, gwiazda jego show, której marzeniem jest zostać gwiazdą polskiej estrady. A tu coś nie idzie. Niby śpiewać umie, tańczyć umie, wygląd ma… Próbowała sił w musicalu, w pop, w coverach Fogga i nic. No to co należy zrobić? Zrobić to, co jest teraz modne: poszczuć cycem i nowomową. Dołożyć do tego nowoczesną fusion- muzę i rzucić młodym na pożarcie.

Z przesadą jednak bywa tak, że łatwo z nią przesadzić… Bo lizanie umywalki w publicznej toalecie nie jest sexy, a tekst, który brzmi „wielki mi big deal/after czy before/podniósł mi się flow/face demolation” nie ma jakiegokolwiek sensu. Jeszcze mnie sensu ma „grandmatka truje mnie”. Pachnie mi tu za to bardzo nieumiejętnym użyciem zapożyczeń oraz nowomowy. Nie wiem jak wy, ale mi się flow nie podnosi, tylko jeśli już, to mam flow. Nie znam określenia „face demolation”, bo jeśli już, to „demolition”, tylko co ma wyburzanie (rozbiórka, zburzenie) z twarzą? Nie „rób tragetion” też brzmi dobrze. Biorąc pod uwagę, że nie ma takiego słowa w języku angielskim, proponuję Nataszy zostać twarzą szkoły językowej.

Miało być fajnie, wyszło jak zwykle. Ani się Urbańska nie zna na slangu ani na językach obcych, ani nie radzi sobie z artykulacją wyrzucanych z siebie fraz (chyba, że mastering zawiódł). Miał być sztandarowy numer polskich klubów AD 2014, hymn wynaturzonych gimbusiar, nowe sexy flexy, odejście od wizerunku musicalowej kochanicy mistrza, a jest beka z lizania umywalki.

Dodam jeszcze, że ani jedno, ani drugie nie jest niczym nowym w historii muzyki. Jarocka śpiewała „kawiarenki”, Janosz śpiewała „i jajecznica”, Chylińska wiła się mokra do zaskakująco dyskotekowego „nie mogę zapomnieć cię”.

Nie ma się czym jarać. Nikt nikogo niczym nie zaskoczył. No, może ja poczułam się zaskoczona myślą, że za parę lat córeczka Urbańskiej odkryje, że wieku 36. lat jej matka przeszła dopiero młodzieńczy bunt i zamiast wciąż śpiewać repertuar Ordonki zaczęła wykrzykiwać, że marzy jej się skręcanie jointów na zapleczach klubowych scen w towarzystwie napojów bezalkoholowych.

Poza tym wszystko w normie. Z krajową muzyką to jest tak, że dobrej trzeba szukać tam, gdzie ciemno, bo pod latarnią same dziwki, w których krwi płynie komercja, a ich podmioty liryczne odpowiadają na pytanie „ile na tym zarobię?”

Pokomentować sobie można tu.

Standard