Opowiadania

Droga w dół

Ona miała dość.

Serdecznie dość. Tej codzienności, szarości, rutyny, prozy, przeciętności, przewidywalności. Do zerzygania każdy jej dzień był podobny do poprzedniego. Jeden po drugim mijał, pozostawiając ją wieczorem z poczuciem, że kurwa znów to samo. Że znów obudziła się myśląc, że dziś coś zmieni, dziś będzie inna, lepsza, stanie się fotografią z kliszy którą ma w głowie. Kliszy kobiety idealnej. Takiej, która na śniadanie wpieprza sypką karmę dla królika, wypija espresso, łyka drogie witaminy, nakłada na skórę wyszukaną chemię ze złotych pudełek, ciało obleka w modne i doskonale skrojone stroje od marek z wyższych półek. Tych, co to ich nazwy są nazwiskami. Zabawne. Widać, że jak się nie ma czego wstydzić, to można podpisać nazwiskiem. Ot, rozwiązanie zagadki nazw typu H&M czy Bershka.

O. Przepraszam. Jeszcze poranna gimnastyka. Jogging, medytacja, rozciąganie. I myśl o tym, że wieczorem, przed snem jeszcze 40 upojnych minut z Ewą Chodakowską. Nie wiadomo po co, bo figurę ma zupełnie ok. Ale tak trzeba. Koniecznie. Chociaż jej ciało jest zdrowe i normalne, jej nogi są szczupłe, a robione co pół roku wyniki krwi trzymają się normy jak umierający pazurami życia, to trzeba.

Z taką myślą właśnie codziennie się budziła. Zasypiała też co dzień z podobną myślą. Z myślą, że nienawidzi siebie, świata i tych wszystkich ludzi, którzy wsadzili jej w głowę tę pieprzoną kliszę. Którzy wmówili jej, że jeśli posmaruje twarz zwykłym kremem nivea to przejmie ją armia zaskórników, że jeśli nie włoży na siebie czegoś, co ma wycenianą na ponad 500 złotych metkę, to skaże się na społeczną banicję, że jeśli nie będzie biegać, to nie będzie miała o czym porozmawiać z koleżankami przy porannym papierosie… A jej do rozmów w dusznej palarni pasowały bardziej rozważania nad alternatywną muzyką i poezją Bukowskiego. Jak cholera nie lubiła tej hipokryzji- omawiać sportowe wyniki zaciągając się kolejną chmurą dymu.

Jej praca też powinna być inna. Zmień ją, szeptało jej coś z tyłu głowy. Idź do dużej, znanej i cenionej korporacji. Idź, pracuj tam od świtu do zmierzchu, zawsze wg czasu letniego, zarabiaj krocie, których nie zdążysz wydać. Ale odłożysz. Odłożysz na piękną starość. Hihihi… Starość, której najpewniej nie dożyjesz. Tak. To był podszept szatana. Musiała bardzo mocno zaciskać oczy i nucić w głowie ukochaną piosenkę, żeby tego podszeptu nie słyszeć. Tak samo jak tego samego głosu, który podpowiadał jej, że miłości nie ma, jest tylko fizyczna potrzeba orgazmu, takiego, jak opisują gazety dla kobiet. Takiego, co to się go ma w 3 minuty, za to trwa minut 13. Takiego, co to powoduje, że cera promienieje, mięśnie ud stają się twarde jak stal, a uśmiech nie schodzi z twarzy przez tydzień. I taki oto kosmiczny lot, można osiągnąć z byle kim. Bo przecież to takie zupełnie naturalne, że zrzucamy ciuchy, jak gdyby nigdy nic, przed obcą osobą, wobec której nie czujemy nic, wymieniamy z nią płyny ustrojowe, napawamy się zapachem (sic!) jej potu, skórę mamy ściągniętą tu i ówdzie jej zaschniętą śliną, a po wszystkim słuchamy jak chrapie, po to, by finalnie, o poranku czuć jej nieświeży oddech. To wszystko bez miłości.

Nie czuła się inna. Nie czuła się odludkiem. Po prostu najmocniej jak się da chciała się uwolnić od ramki, w którą świat próbował ją wsadzić. Tak bardzo czuła, że wszystko, czego może dotknąć staje się komercyjne, w brzydkim tego słowa znaczeniu mainstreamowe, spłycone. Miała wrażenie, że jej koleżanki kupują książki pod kolor ściany i regału, a nie dla przyjemności czytania, że chodzą do galerii sztuki dla faktu bycia i dania się przyłapać, oczywiście przez przypadek, lokalnym, pożal się boże, papparazi, że pieką domowy chleb dla zdjęć na Instagramie, a potem karmią nim gołębie. Co najwyżej.

Świat koło niej pędził w dziwnym kierunku. Wszyscy na prochach, na dopalaczach. Jak nie antydepresanty, to amfa, jak nie kokaina na imprezie, to redbull o 6 rano. Kawa, trawa, suplementy. Wszystko wspomagane. Tak, jakby dzień niezasilony jakimś napojem bogów, cudowną tabletką, magicznym proszkiem nie mógł istnieć. Jakby spokoju i odpoczynku nie można było osiągnąć zwykłym snem, jakby tańczyć na imprezie nie można było tylko z radości i miłości do muzyki. Jakby kawy rano nie dało się pić dla samego jej smaku.

Czuła się jak tragiczny bohater. Pozytywista czy romantyk? Cholerny Wokulski swoich czasów. No właśnie? Jak kiedyś nazwą epokę w której utknęła? Może „Patologizm” ?

Patologią nie jest pogoń za pieniądzem, pogoń za wieczną młodością, pogoń za zgrabną sylwetką i dietą cud.  Nie internet i używki. To wszystko jest oczywiste, normalne. Jest naturalnym tworem współczesności. Osiągnięciem medycyny, techniki, przemysłu, biznesu.

Patologią jest przymus bycia w tym wszystkim. Patologią jest utrata własnego rozsądku. Utrata zdolności samoobrony przed tym co złe. Niesłuchanie własnego rozumu, własnego ciała. Patologią jest czytanie Cobena, bo stoi w Empiku na półce TOP10, słuchanie Lady Gaga, bo słuchają wszyscy, jedzeniem zgodnie z Dukanem, bo tak jest modnie, bieganie, mimo problemów ze stawami, bo biega cała Polska, praca w korpo, mimo, że marzyło się o byciu archeologiem…

Patologią jest życie w wiecznej obawie o to, że jeśli tylko będziemy chcieli być odrobinę sobą, odrobinę inni, to narazimy się na śmiech, na brak akceptacji. Patologią jest to, że nawet jak się odważymy, to i tak nas wyśmieją. Nazwą pozerem, hipsterem, lansiarzem (sic!).

Patologią jest praca ponad siłę, w pogoni za jakąś mrzonką, za jakąś bajką o awansie, świetnych zarobkach, apartamentem i limuzyną z kierowcą. Praca, która nie daje szczęścia, tylko ból. Każdego dnia coraz większy. Praca, która powoduje, że stajemy się maszyną, a potem jej wrakiem. Praca, która zabiera nam tlen, wolność, przyjaciół i miłość.

Patologią są klisze człowieka na miarę swoich czasów…

Wiele lat tkwiła w tym błędnym kole. Każdego dnia coraz bardziej czuła się jak chomik biegający na kołowrotku w małej klateczce, który schodzi w trociny tylko na siku, jedzenie, picie i ewentualnie sen. Chomik, który biega coraz dłużej i dłużej, bo świat chce patrzeć na to, jak zabawnie przebiera swoimi małymi łapkami pędząc w miejscu, bo nawet nie przed siebie.

Każda próba walczenia z własną głową, ze schematem, który miała w mózgu kończył się fiaskiem. Takim samym jak te wszystkie próby wpasowania się w schemat. Była człowiekiem zawieszonym w próżni. Nie pasowała ani do swojej głowy, ani do swojego serca. Kobieta, złożona z niepsujących do siebie puzzli. Portret złożony na siłę, na chama, na ścisk. Kawałek oka spasowany z fragmentem ust, smukłe palce wyrastające z lewej piersi. Dziwne luki i szpary między elementami. Marnej jakości kubizm. Parodia sztuki, jakiś nieudany eksperyment.

W jej głowie za to malował się zupełnie inny obraz. Barwy były coraz ciemniejsze. Gdzieniegdzie ociekające czymś gęstym i czerwonym. Spotykała się z koleżankami, z mężczyznami, ze światem. Na swoją źle poukładaną twarz nakładała wtedy grubą maskę makijażu. Tak, jakby warstwa podkładu, pudru, szminki, cieni, tuszu, różu miały nadać jej obliczu zdrowy, ludzki wizerunek. W takiej masce jej lico oblekały piękne przymiotniki: promienista, cieniowana, rozświetlona, błyszcząca. I uśmiechała się. Uśmiech miała wytrenowany. Wygimnastykowany. Jak uda. A w głowie miała mord. Krew. Ból. Krzyk. Patrzyła na swoje koleżanki i myślała, że chciałaby, żeby suki zginęły. Patrzyła na mężczyzn, z którymi jadała kolację, a jej dłoń zaciskała się na nożu tak mocno, że aż bielały jej knykcie.

Któregoś dnia wróciła w nocy do domu. Zmyła wojenne barwy maskujące, zdjęła swoją ziemską powłokę od projektantów, osuszyła butelkę czerwonego, wytrawnego wina i wyszła na balkon swojego mieszkania na 7 piętrze. Wydawało się jej, że niebo jest bezgwiezdne, zgasły latarnie, a świat wkoło jest tak brzydki, tak zimny, tak obcy, że musi z niego uciec. Że jeśli tego nie zrobi, to zwariuje, oszaleje, zacznie zabijać lub sama się zabije.

Uznała, że najłatwiej i najszybciej będzie uciekać drogą w dół.

Zaczęła opadać wzdłuż ściany budynku. Z siódmego piętra leci się na tyle długo, by zdążyć pomyśleć, że najcenniejszą rzeczą, jaką można w życiu stracić, to własny rozsądek.

Tu.

Standard