Pop/kultura

Być jak Trawa, czyli lajfstajlowa piątka

Skoro to blog „lajfstajlowy”, jak mówią, to co jakiś czas, jak nazbiera mi się pięć fajnych odkryć, to się nimi z Wami podzielę. Tak, żebyście mogli „być jak MojaTrawa.”

Żeby tylko nie było, że to jakiś „post sponsorowany”. Wymienione przeze mnie rzeczy odkryłam samodzielnie, no prawie. Niektóre ktoś mi pokazał. Rozgościły się za to szybko w moim domu i pewnie długo nie znikną. Tak więc: do dzieła!

1. Herbata „magia orientu”

Przypadnie do gustu każdemu, kto lubi herbaty ziołowe- bez owoców i bez prawdziwej herbaty. Do nabycia w znanej sieci drogerii na „R”, zresztą wyprodukowana dla tejże właśnie. Na opakowaniu jakieś Taj Mahal, słoniki i indyjska dłoń trzymająca kwiat, czy coś takiego. Składa się z samych przypraw i ziół. Lekko pikantna w smaku, dominują w niej korzenie. Pokocha ją każdy, kto ma coś wspólnego z pp (w składzie: koper włoski, anyż, imbir, lukrecja, cynamon, liście jeżyny, kardamon, gałka muszkatołowa, goździki, skórka pomarańczy, pieprz i wanilia). Dobrze rozgrzewa, dobrze koi nadszarpnięty jakimś mało zdrowym żarciem żołądek. Obstawiam, że przeprzepyszna jest z miodem (ale nigdy nie próbowałam). Cena w okolicach 6 zł na pudełko 25 torebek.

2. Bio detox organic puder

Wyprodukowany przez znaną, francuską markę kosmetyków kolorowych na „B”. Puder jest w kamieniu, w ładnym, białym pudełku, z gąbeczką i panoramicznym, obracającym się lusterkiem. Do wyboru są 4 kolory. Ja wybrałam waniliowy. Puder może nie jest idealny (zbiera się nieco na powiekach pod koniec dnia, ale swoje 8 godzin gwarantowane przez producenta wytrzymuje). Dobrze się rozprowadza (tak gąbeczką jak i pędzlem), doskonale kryje i rozświetla twarz. Nie badałam zbyt mocno jego składu, ale producent obiecuje: roślinny chlorofil, puder lniany, nasiona Moringa, tlenek cynku, a przede wszystkim, jako pudrową podstawę, krzemionkę, minerały i talk. Generalnie 100% naturalnych składników i zero reakcji alergicznych i zapychania. Jak do tej pory najlepszy puder w kamieniu jakiego używałam, z dodatkowym wielkim plusem za opakowanie, które można mieć zawsze przy sobie, bez konieczności noszenia dodatkowo lusterka i pędzla. A przede wszystkim, wreszcie mam poczucie, że coś, co kładę na twarz na cały dzień nie robi mi krzywdy.  Cena w okolicach 60 zł za opakowanie

3. Zagraniczne gazety na iPadzie

Nie, nie lubię e-czytać, ale jeśli chodzi o gazety, to się przełamałam. Czuję, że mój język angielski powinien być regularnie trenowany i chcę go trenować w miły sposób. Zresztą podobnie mam z hiszpańskim. Zgraniczne magazyny, które można kupić w Polsce są zbyt drogie (np. hiszpański Vogue, który w swojej ojczyźnie kosztuje 3,5 euro u nas kosztuje 65 zł). Dlatego w zagraniczne magazyny postanowiłam zaopatrywać się elektronicznie. Na razie testuję amerykańskie Vanity Fair, w planach mam jeszcze New Yorkera.

VF czyta się miło. Bardzo podoba mi się jego interaktywność (np. opisy zdjęć pojawiają się po dotknięciu placem) oraz sposób w jaki się go czyta. artykuły przegląda się przesuwając palcem w poziomie, jeśli zaś któryś jest dłuższy niż 1 strona, to kolejne strony układane są poniżej pierwszej. Za gazetę płacę w systemie miesięcznej subskrypcji, co powoduje, że iPad (lub telefon) co miesiąc przypomina mi, że do pobrania jest już nowy numer, ale nie każe mi co miesiąc płacić- płaci się samo. Subskrypcję można przerwać w każdej chwili. Po przeczytaniu, gazetę można zarchiwizować i wrócić do niej w każdej chwili (pobrać ją znów). Ceny różne, w zależności od gazety, ale w okolicach 10 zł za numer.

4. Żeliwny garnek

Zawsze o takim marzyłam, bo ponoć doskonale się sprawdza do pieczenia chleba. Pokusiłam się o kupno. Swój nabyłam u znanej szwedzkiej marki na „I”. Nie dość, że jest przepięknie niebieski, to naprawdę super się w nim gotuje. Chociaż nie piekłam w nim jeszcze chleba, ani nie dusiłam mięsa, a wykorzystywałam go bardziej do robienia zup i sosów, to już mnie zachwyca. Doskonale trzyma ciepło, szybko się w nim gotuje (smażąc cebulę trzeb uważać, żeby jej nie spalić). Zmywa się bez kłopotu, bo jego wewnętrzna, chyba teflonowa, powierzchnia nie daje niczemu przywrzeć. Dzięki temu, że jest ciężki, nie trzeba go trzymać przy mieszaniu. Minusem może być jego cena- mocno powyżej 100 zł, ale to inwestycja na lata.

5. Przekrój

Ten tygodnik jest legendą sam w sobie. Oczywiście nigdy nie będzie już tym, czym był za czasów rednaczowania przez Mariana Eile, nigdy już nie znajdziemy na jego 4 okładce Filutka i nigdy nie będzie pismem przekazywanym sobie z rąk do rąk (to zasługa czasów, na szczęście), ale kultowym zawsze będzie. Nawet w pierwszych książkach Chmielewskiej pojawiają się stosy Przekrojów. Od kiedy zajęli się nim Zuzanna Ziomecka i Marcin Prokop, to powraca do formy po burzliwym okresie jaki zaliczał w ostatnich latach. Z przyjemnością muszę powiedzieć, że na każdy numer czekam z niecierpliwością i poniedziałkowa wycieczka do kiosku (lub umawianie się z koleżanką, że kupi po drodze do pracy) stały się dla mnie rytuałem. Mam wrażenie, że to pismo szyte idealnie na moje potrzeby. Dzięki niemu jestem na bieżąco z tym co na świecie, doinformowana, ukierunkowana itd. Nie jestem zawiedziona żadnym numerem, jedyna co mnie martwi, to częstotliwość jego ukazywania się- najczęściej nie nadążam z czytaniem. Jednakże polecam. Szczególnie osobom aspirującym do miana inteligentnych w okolicach trzydziechy (a redakcji gratuluję i trzymam mocno kciuki, bo krążą plotki, że nie jest dobrze… właśnie! do kiosków po Przekrój marsz, bo jak nie będziemy kupować, to umrze). Cena 3,99 zł, wychodzi co poniedziałek.

Obiecuję bacznie obserwować przedmioty, które wpadają mi często w ręce i co jakiś czas podrzucać Wam godne uwagi ciekawostki. Wy także możecie się zrewanżować, pisząc tu, o tu :)

Standard