Pop/kultura

Być jak Trawa, czyli lajfstajlowa piątka 3

Dawno nie było tego cyklu, zapnijcie pasy, dostarczam nowych pomysłów na siebie i wolny czas!

1. Kot (albo pies, ale nie żółw)

Długo dojrzewałam do decyzji o wprowadzeniu do mieszkania żywego elementu na czterech łapach. Jestem od dziecka wychowana ze zwierzęciem, więc nie trudno było przewidzieć, że stan samotności ludzkiej wreszcie mnie znudzi. I tym oto sposobem, w moim życiu i mieszkaniu zagościł Hasztag Grass. Uroczy kocur maści biało-dachowej. Nie byłabym Trawą, gdyby nie miał on historii- został przeze mnie adoptowany z Pomorskiego Kociego Domu Tymczasowego, do którego trafił oddany przez studentkę, której się znudził. Hasz mruczy, jest mizialski, uwielbia zabawy, fasolę, mydło, muzykę klasyczną i podróże autem. Mimo, że jest ze mną dopiero około miesiąca, to już nie wyobrażam sobie życia bez niego. Wieczorne pomrukiwanie, poranne zabawy, fikołki w powietrzu podczas polowania na myszkę na wędce. Żywa istota, która wymusza obowiązki i która relaksuje samą swoją obecnością po ciężkim dniu. Towarzysz podróży i zwykłych, domowych czynności. Nawet prozaiczna kąpiel nabiera nowego blasku, gdy na wannę wspinają się ciekawskie, białe łapy, które chcą zapolować na pianę :) Jeśli jesteście ciekawi losów Hasztaga, to możecie go śledzić na jego własnym profilu na FB. Podopieczny social media nindży bez takowego nie może się obejść ;)

2. KUKBUK

Wiecie, że lubię gotować. Dlatego też, z wielką radością powitałam na rynku prasowym tą pozycję. Pięknie wydawany magazyn, smaczny graficznie, ciekawy merytorycznie, inspirujący i dostarczający wiedzy. Przy każdym numerze padam z wrażenia nad warstwą wizualną- poważnie. Nawet jeśli gotowanie macie gdzieś, to przekartkujcie go przy okazji, będąc w jakimś salonie prasowym. Plusem KUKBUKA jest mała ilość reklam, co czyni go naprawdę wartościową pozycją. W rozsądnej cenie, 15 zł za numer, który ma prawie 200 stron i wychodzi raz na dwa miesiące.

3. Effortless „Mój Jezus nie pije coli”

Mam to niesamowite szczęście, że w wyniku pewnego przypadku poznałam Patrycję Kosiarkiewicz, jako blogerkę. I chyba mogę powiedzieć już, że bardzo się ze sobą zaprzyjaźniłyśmy. Część z Was pewnie wie i pamięta, że Patrycja jest z zawodu wokalistką, nie pisarką. Podczas mojej wizyty w jej warszawskim domu otrzymałam promo jej nowego, niesolowego, projektu Effortless. Po przesłuchaniu jestem oczarowana. W większości jest to dobry, spokojny rock, wzbogacony folkowymi elementami bądź ostrzejszym przytupem. Warstwa tekstowa cudna- próżno tu szukać banalnych tekstów o miłości, czy buntowniczych manifestów na miarę nastolatki, w których nawet autorka nie wie, o co chodzi. Gdybym miała przyrównać tą płytę to jakiś znanym Wam projektów, to najbliżej jej chyba do Myslovitz, przy czym pamiętajcie o ludycznych dodatkach, które u Effortless pobrzmiewają w tle. Patrycja pokazuje też na płycie „Mój Jezus…” rockowy pazur swojego głosu, który ma i czuć, że jest to kawał dobrego i wyszkolonego instrumentu (ciekawostka: Patrycja nagrała onegdaj piosenkę z Acid Drinkers. Poszukajcie sobie numeru „ballada”). Promo, to promo, nie ma płyty jeszcze w obiegu, ale niebawem najprawdopodobniej się ukaże. Jeśli jesteście ciekawi, to śledźcie losy Pani Piosenkarki, tak na blogu jak i z sferze muzycznej. A zajawkę Jezusa, co nie pija coli, możecie sprawdzić tutaj, w jego chyba najbardziej folkowej odsłonie. Jeśli wciąż nie jesteście przekonani, to dodam, że to z tej płyty pochodzi cytat:

życie za krótkie, ciut jest za krótkie

by grać złą muzykę i pić ciepłą wódkę

4. Mixa, czyli coś dla wrażliwców (uwaga, nie musiałam o tym pisać, ale chciałam, bo warto)

Czas jakiś temu otrzymałam w prezencie od L’Oreala paczuszkę kosmetyków nowej na polskim rynku marki, której dystrybutorem jest ten koncern. Co ciekawe, we Francji, Mixa znana jest od 1924 roku. Do nas dotarła ze prawie 100-letnim opóźnieniem. Dobrze, że w ogóle. Tak samo jak w przypadku Carmexu, warto było poczekać. Używam sobie od kilku tygodni żelu do ciała, twarzy i włosów bez mydła oraz płynu micelarnego do demakijażu, a także kremu do skóry wybitnie przesuszonej (łokcie, pięty, kolana) i muszę przyznać, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Żel fajnie myje i cudne jest w nim to, że dzięki swojej uniwersalności może ze mną podróżować on, a nie 3 różne produkty. Nie ściąga skóry, nie podrażnia, nie wysusza, fajnie pachnie- bardzo aptecznie, szaro-mydlannie, ale ja lubię takie zapachy. Płyn micelarny z kolei to aromat róży, dobrze zmywa makijaż, szczególnie oczu i zostawia skórę miłą w dotyku. Jego wadą jest konstrukcja butelki. Pompka powoduje, że płyn leje się na kilometr i ciężko nim trafić w wacik, ale można sobie z tym poradzić. Chwilowo z Mixą zdradzam swoje mydło laurowe i hydrolat. Krem do przesuszonej skóry jest rewelacją. Do tej pory używałam podobnego dzieła marki Carmex (niedostępny w Polsce) i nie sprawdzał się tak dobrze. Mixa jest bardzo gęsta, mój wysuszony opieraniem się na nim, lewy łokieć, doprowadza do ładu w ciągu nocy. W kolejce do przetestowania mam jeszcze szampon. Wspomnę jeszcze o jednej rzeczy: w paczce od L’Oreal znalazłam także paletę cieni do powiek w tonacji turkusowej. Byłam pewna, że będę w niej wyglądać jak pajac, a tym czasem okazało się, że lazurowe kolory piękne wyciągają zieleń oczu… Warto jednak eksperymentować z kolorem :)

5. Marek Raczkowski „Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki”

Po pierwsze, chapeau bas dla Pana Raczkowskiego za rozbrajające wyznania. Chwilami miałam wrażenie, że wydział narkotykowy stołecznej Policji już po niego jedzie. Drugi ukłon dla Pani Żakowskiej, która przeprowadziła z nim ten wywiad-rzekę. Książkę czyta się błyskawicznie. Mi zajęła ona jeden dzień. Raczkowskiego znamy z zabawnych rysunków, które ilustrują znane tygodniki (Przekrój, Polityka) i wydaje nam się, że to otwarty, towarzyski wesołek- śmieszek. Tym czasem z książki wyziera nieco inna prawda. Fakt, że Raczkowski ma do siebie i świata dystans, ale jest także dość złożoną i nieoczywistą postacią, która w wielu miejscach zaskakuje- poglądami, stylem życia, przeżyciami. Ogromną zaletą tej książki jest to, że czytając mamy wrażenie, że jest ona do bólu prawdziwa, szczera i nic w niej nie jest naciągane, włącznie z tytułem. Po przeczytaniu z kolei zaczynamy się zastanawiać, czy nie jest to jego kolejny, tym razem nie rysunkowy, żart.

Standard