Opowiadania

Błękitne oczy

Dawno, dawno temu, kiedy blog ten raczkował jeszcze i moja mentalność także dojrzewała (proces wciąż trwa), napisałam tekst o tym jak bardzo nie lubię kobiet. Absolutnie się nie odżegnuję od tego, że wciąż za kobietami nie przepadam, jednak w tzw. międzyczasie los obdarował mnie trzema cudownymi przyjaciółkami, które nieco zmieniły moje postrzeganie sprawy. Po prostu uświadomiły mi, że zdarzają się kobiety fajne.

Przyjaciółki są najlepsze do obgadywania trudnych tematów. I dzięki temu, że posiadam trzy, to prezentują spektrum opinii skrajnych i wyśrodkowanych, w przeróżnych konfiguracjach.

I tak oto, ostatnio wysłałam każdej z nich wiadomość szydzącą z pewnego samca-pseudoromantyka, który był uprzejmy poczęstować mnie komplementem, o tyle niefortunnym, że bezsensownym. Otóż samiec ów odprowadzał mnie do domu późną godziną nocną i zanim próbował wprosić się na „herbatę”, raczył poinformować mnie, iż moje oczy „są piękne niczym diamenty”. „Stary, jest druga w nocy, ciemno jak w grobie, ja opatulona w kaptur, a ty mi tu takie farmazony?!” odpowiedziałam oburzona i zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem. Sami rozumiecie, że na szyderstwo zasłużył. Tak więc wysłałam jego słowa do przyjaciółek z dopiskiem „łap i pośmiej się z mojego wielbiciela”.

I tak oto, Przyjaciółka nr 1 zareagowała pragmatycznie, pytaniem „kto?”, Przyjaciółka nr 2, romantyczka i optymistka, uznała, że to cudne, a Przyjaciółka nr 3, babka stąpająca twardo po ziemi, odpisała mi „faceci to jednak są zabawni sądząc, że ktoś się złapie na taką tanią ściemę”. Sami widzicie- przekrój opinii pełen.

Choć osobiście byłam najbliższa opinii Przyjaciółki nr 3, opinia optymistki i romantyczki zamieszała mi w głowie. Nie da się ukryć- jestem kobietą. Z całym dobrodziejstwem kobiecego inwentarza- pełnymi biodrami, pędzlami do makijażu i wrodzoną tendencją do czytania między wierszami i snucia domysłów. „A może on jednak na te oczy to zwrócił uwagę już wcześniej, przy świetle dziennym, tylko moment na wyznania wybrał głupi? Może wcale nie chciał mnie tym urobić, by drzwi mego mieszkania stanęły przed nim otworem?”- w mej głowie zaświtał pomysł. Cóż było robić? Należało dać szansę chłopakowi, a zarazem przekonać się o słuszności teorii trójcy świętej, które niewątpliwie kłóciły się ze sobą, choć właściwie pytanie „kto?” nie miało jakoś szczególnego wpływu na ogląd sytuacji. Chociaż… Ostatecznie fatygant był artystą- plastykiem. A z takimi to zawsze problem, bo tendencja do niestosownych uniesień jakby wyższa, proporcjonalna do wrażliwości delikwenta, a i bycie muzą takowego to raczej nie perspektywa życia po wsze czasy przy boku jego, a raczej przygodny romans…

Przekonać się postanowiłam empirycznie w następujący sposób: przy kolejnym spotkaniu, mimochodem zaproponowałam żeby naprędce popełnił szkic mego portretu. Zgodził się bez wahania, z radością chwycił w garść mój notes, swój ołówek i zaczął bazgrać wpatrując się w mą twarz tak zachłannie, że czułam pod skórą, że będzie to szkic z najbardziej wycyzelowanymi oczami jakie świat widział.

„Nic bardziej mylnego”, jak rzekłby Młody Wołoszański.

Kiedy dumny jak paw podsunął mi pod nos swe dzieło, okazało się, że jestem popiersiem z picassowską twarzą i monstrualnym biustem. To było wręcz „piersie”, nie „popiersie”. Artysta-entuzjasta naddał mi ze cztery rozmiary w klatce, nie poświęcając mej twarzy więcej niż, słownie, osiem maźnięć.

Pal licho teorie Przyjaciółek. Dowiedziałyśmy się przy tej okazji skąd wzięło się określenie „kobieta o dużych, błękitnych oczach”.

Moje są zielone. Ot, kolejny, który zesłał się na straconą pozycję.

Komcie? [Klik]

Standard